Przybyszewski: chuć, alkohol i śmierć

3 stycznia 2018
O tym dlaczego nie warto sikać pod pomnikiem patriotów
29 grudnia 2017
O takim jednym, którego nie określę słowem, bo cenzura nie pozwala
8 stycznia 2018
Przybyszewski był koryfeuszem dyskusji dopóty, dopóki pijacki bełkot nie unieruchomił mu języka. Dostarczyć go do domu przy bladym brzasku dnia nie było rzeczą łatwą; przy czym Dagny i ja lub ktoś inny utrudziliśmy się niezgorzej. W naszym podopiecznym tkwiły zuchwałe podstępy: już to taczając się próbował nam czmychnąć, już to zaczynał zaczepiać zuchwale - obraźliwymi słowami - spokojnych przechodniów lub nawet policjantów, już to starał się przeszkodzić nam jakimś innym niespodziewanym kawałem

Artur Rubinstein

Dawno temu w Krakowie

 

Młodopolska knajpa. Trochę mroczna, w kręgach współczesnej młodzieży by się powiedziało, że w tak zwanym klimacie, ale elegancka, nie żadna mordownia ani speluna dla takich, co już są na ostatniej prostej. Znaczy że już niedaleko mają do płotu pod którym zdechną. Nie, nie, to raczej lokal dla wtajemniczonych. Przy jednym z wielu stolików pogrążonych w umiarkowanej ciemności siedzi mężczyzna – gdyby dziś ktoś wiedział kim jest i patrzył na niego wtedy, poczułby się zawiedziony – legenda, która go otaczała wymuszała myślenie o nim jako o protoplaście Wolanda – tymczasem oto jakby nigdy nic lekko grubawy jegomość z bródką zbiera się właśnie by skinąć na kelnera. Wtem zjawia się przed nim nieznajomy elegant i odzywa się w te słowa:

- Byłbym szczęśliwy, gdybym był cielakiem, z którego skóry pańskie buty wyprawione.

Nie minęły sekundy, a biesiadowali już razem, przy stole zastawionym wódką, przekąskami i czym tylko można było uraczyć się w tym przybytku. Sponsorem był nie kto inny jak dziwny gość od jeszcze dziwniejszej przemowy. Gdyby spojrzeć z boku, łatwo byłoby wziąć go za wariata: nawet jeśli nim był, to do innych jego zalet należał jeszcze zasobny portfel i niezła pozycja w Mieście Królów.

Pierwszy z Panów to nie kto inny jak Stanisław Przybyszewski, natomiast ten spragniony bycia krowim dzieckiem z powodzeniem prowadził fabrykę fortepianów mieszczącą się na piętrze kamienicy Krzysztofory, na wprost Kościoła Mariackiego – Zdzisław Gabryelski.

Mniej więcej tak wyglądały pierwsze dni Stacha po powrocie pod Wawel – wieści, które przyszły za nim z Niemiec kazały witać go niemal jak bohatera narodowego, oczarował przecież tamtejszą bohemę, a że przy okazji zaliczył kilka romansów i spłodził całe przedszkole nieślubnych dzieci… Cóż, to zdecydowanie mniej pasowało do jego wizerunku, toteż nikt głośno tych informacji nie powtarzał. W rozebranej na części Polsce, rzucony gdzieś w Galicji Kraków nie przypominał tego miasta, którym jest dzisiaj. Habsburgowie nieszczególnie przejmowali się jego rozwojem, główne ośrodki władzy mieściły się we Lwowie, stolica obecnej Małopolski nie była więc żadną metropolią ani matecznikiem sztuki. Dlatego też przyjazd znanego pisarza-rodaka, poważanego nawet za granicą, traktowano jako wydarzenie wysokiej rangi. Szczególne nadzieje wiązali z nim zwolennicy zmian, skupieni w opozycji do kształtującego ówczesne normy (nie tylko literackie) tygodnika „Czas”.

Ktoś taki jak Przybyszewski musiał mieć zarówno oddane grono zagorzałych fanatyków i równie zażartych przeciwników. Orędownikom starego porządku i konserwatyzmu nie podobało się jego luźne podejście i hulaszczy tryb życia – w końcu „do szklanki herbaty lał ¾ rumu” a chuć robiła z nim co chciała – facet niczego sobie nie odmawiał i nawet specjalnie się z tym nie krył. Chyba właśnie ta jawność najbardziej gorszyła cały ten dulszczany grajdołek. Wielu takich o których dziś się pamięta wyrażało o nim niepochlebne opinie, jako przykład można podać choćby Zapolską, ale czy można zupełnie serio brać słowa kobiety, która przez większość swojego życia nienawidziła mężczyzn i w dodatku była skonfliktowana z każdym środowiskiem, w którym się znalazła? Przytaczam więc wyłącznie jako ciekawostkę:

 
Gdy patrzę na tę rozpitą bandę „Młodej Polski” (och!!!) z p. Przybyszewskim na czele, zaślinionym i pijanym, wstręt mnie ogarnia. To ani artystyczne, ani piękne. Przeciwne, to robi wrażenie bandy pijanych pluskiew

Gabriela Zapolska

Dziecko Szatana

 

Może to nawet i była prawda, że widok ta menażeria stanowiła nieciekawy, ale czy Stanisław byłby tą samą osobą i potrafił wywierać tak silny wpływ na otoczenie, gdyby nie wspomagał się alkoholem i substancjami psychoaktywnymi? Przecież część jego szarlatańskiej potęgi stanowiły właśnie te trochę szamańskie, trochę satanistyczne zapędy. Pytanie na ile on sam w to wierzył, a na ile była to tylko kreacja aktorska i poza pozostanie już na zawsze kwestią otwartą, trudno jednak zaprzeczyć, że jego pojawienie się w dużej mierze przyczyniło się do „przewietrzenia” zastanej atmosfery Krakowa.

Boy-Żeleński pisał o nim „hipnotyzer dusz” – nie wiem na czym polegał ten magnetyczny wpływ, dobroczynny dla jednych, zabójczy dla drugich, ale tak mocny, że nikt nie mógł pozostać nań obojętny. To pewne, że nie był to wpływ czysto literacki, Przybyszewski był jednym z tych artystów, którzy lubują się w kształtowaniu samego życia. Literackie gusta czytelników nigdy mu nie wystarczały, pragnął mieć nad nimi władzę absolutną. Relacje z jego „seansów” są z racji oczywistych okoliczności dość nieliczne, jednak kilka się na szczęście zachowało i przybliża nieco klimat tych spotkań.

 
Świt, filująca lampa dogasa, okno balkonu otwarte na ogród, z którego wnika chłód poranka i ćwierkanie ptaszków. Stach śpi głęboko w fotelu, cała jego gromadka, z zielonkawymi twarzami, kipi porozkładana gdzie tam któremu padło, a w środku, pod stołem, leży młody medyk Szyszka, muzykalny jak Cygan, i rżnie może od godziny Znaszli ten kraj Moniuszki. Gra leżąc z głową wspartą o pustą flaszkę i raz po raz trąca smyczkiem o blat stołu, co oryginalnie rwie na strzępy tę płynną melodię. Obok mnie Ludwik Janikowski, ze swoją genialną trupią czaszką zanosi się od płaczu, siedząc na podłodze. Zdaje się, że popłakujemy wszyscy, ale on szlocha, ryczy… A Szyszka gra i gra, aż wreszcie zmęczona ręka grajka wypuściła smyczek i zrobiło się cicho, Janikowski siorbał tylko nosem, i tylko ćwierkanie ptaszków i chrapanie Stacha

Tadeusz Boy-Żeleński

Dzieje szarlatana

 

Niby żulernia, a jednak każdy kto to czyta i jednocześnie trochę interesuje się literaturą zazdrości uczestnikom takiego artystyczno-alkoholowego rautu, na którym psycholedia przeplatała się z autentycznym wzruszeniem, a chlanie na umór wydawało się urastać do rangi jakiejś wyższej idei. Wiecie co jest najgorsze? Ja tam im wierzę. Po stokroć bardziej autentyczny jest dla mnie ten, który pisze o piciu z perspektywy rynsztoka niż facet głoszący komunały zza biurka i alkohol oglądający tylko w ładnym szkle. Że to patologia? Świat zawsze był jej pełen, nikt nikomu nie każe sprawdzać jak ona wygląda od środka.

Przybyszewski wielokrotnie przyznawał, że nie może żyć bez alkoholu i imprez towarzystkich, ale jego największą słabością zawsze byli ludzie: wykolejeńcy, wariaci, degeneraci, ludzie spaczeni, pokrzywdzeni przez los, niestabilni psychicznie, w jakiś sposób naznaczeni, po ciężkich doświadczeniach, pijacy, narkomani, „dzieci Szatana”, jak zwykł ich nazywać. Lwia część z nich była początkującymi artystami, która w Stachu widziała mentora, recenzenta swoich prac, niedoścignionego mistrza. Tacy których już doceniono nie chcieli się z nim zadawać, być może dlatego, że bali się tak silnej osobowości, która bez trudu przyćmiłaby każdego z nich – mimo że sam pozbawiony był jakiegoś powalającego talentu.

Wielu z tych zaczynających u jego boku rozwinęło skrzydła i nawet zrobiło kariery, ale nie brakowało też takich, którzy marnie zaczęli a jeszcze marniej skończyli. Był wśród nich malarz Stanisław Czajkowski, który w stanie całkowitego upojenia alkoholowego zwykł klękać i tłuc głową o podłogę, wznosząc w błagalnym geście ręce ku niebu i krzycząc „Boże, dałeś mi talent, ale mały!”. Z drugiej strony, gdyby nie wsparcie i motywacja jaką zarażał Przybyszewski, być może Boy-Żeleński zostałby statecznym panem i otworzył gabinet lekarski, a Teatrzyk Zielony Balonik nigdy by nie powstał. To chyba i tak całkiem pokaźne zasługi, jak na 12 dziecko wiejskiego nauczyciela spod Inowrocławia – miał szczęście, że pod pruskim zaborem nieźle się żyło belfrom – tylko dlatego ojca było stać na opłacenie Stachowi lekcji niemieckiego, który miał być dla niego przepustką do wielkiego świata. Od najmłodszych lat otoczenie uważało go za wariata – okoliczni chłopi , patrząc jak biega po ogrodzie i recytuje z pamięci role Hamleta i Romea. Dziwne reakcje przypadkowej publiczności wcale mu nie przeszkadzały, mogło się wydawać, że robił wszystko, by uchodzić za jeszcze bardziej niespełna rozumu niż było widać na pierwszy rzut oka.

Mimo że nieszczególnie przykładał się do nauki, nauczyciele zapamiętali go jako bardzo inteligentnego i uzdolnionego artystycznie dzieciaka – świetnie czuł się na scenie, potrafił grać na pianinie. Po ukończeniu gimnazjum pewien kupiec zaangażował go w charakterze nauczyciela muzyki dla swoich dwóch córek… Nie muszę chyba mówić jak tragiczny był finał tych lekcji. Obie dziewczyny straciły głowę dla charyzmatycznego Stacha… O ile starsza w porę się opamiętała, zauważywszy zapewne z jakim asem ma do czynienia, młodszej nie starczyło do tego instynktu samozachowawczego. Po wyjeździe Przybyszewskiego do Berlina odnalazła go tam i postanowiła zostać na stałe… Wkrótce pojawiły się dzieci, jedno, drugie, oczywiście żadne nie zostało uznane przez beztroskiego tatusia, który ani nimi ani tym bardziej ich matką szczególnie się nie przejmował. Marta pełniła w jego życiu rolę tyleż mocno określoną, co niewdzięczną: znosiła jego pijackie ekscesy, zajmowała się domem, dziećmi, prała, gotowała, zaspokajała go seksualnie… w zamian nie dostając nic. Często brakowało jej nawet na jedzenie, nie mówiąc już o innych „luksusach”, jednak z relacji przyjaciół wynika, że nigdy nie narzekała na swój los, z pokorą znosiła wszystkie upokorzenia i niedogodności. Stanisław nie widział natomiast w swoim postępowaniu niczego niewłaściwego, o małżeństwie w ogóle nie chciał słyszeć, zresztą w jego niemieckim towarzystwie nie miały wzięcia takie panie, które mogły być intelektualnymi partnerkami – „baba miała znać swoje miejsce”. I tak to płynęło, Przybyszewski chlał coraz więcej, włóczył się nocami, do domu wracał nieczęsto… A głupia Marta czekała na niego do późna, przy 23 zapalonych świeczkach, by uczcić jego urodziny…

Stanisław nigdy nie docenił jej oddania i poświęcenia, niedługo później w 1893 roku poznał Norweżkę Dagny Juel i z wzajemnością stracił dla niej głowę. Szybko zostali kochankami, ona porzuciła dla niego męża, on nie zdobył się na to, żeby zostawić Martę, choć podobno poinformował swoją nową oblubienicę o jej istnieniu a ta to zaakceptowała. Ciekawe. W każdym razie nowa miłość kwitła, para podróżowała sobie poświecie, Jaśniepan Przybyszewski raz na kilka miesięcy zaglądał nawet do domu, ale raczej po to, by zapłodnić konkubinę, niż zostawić jej pieniądze na życie czy zainteresować się dziećmi. Nie mijało kilka dni, a znów szedł w tango z równie niestabilną i dziwną Dagny…która zresztą wkrótce została panią Przybyszewską. Tak, miał dwie jednocześnie. W międzyczasie Marta zdążyła urodzić trzecie dziecko i zajść w kolejną ciążę. To było dla niej chyba jednak zbyt wiele: 9 czerwca 1896 roku popełniła samobójstwo. Dagny nie mogła wtedy wiedzieć, że i jej nie jest pisany długi i spokojny żywot…

 
paniretro
paniretro
Pani Retro, w wolnych chwilach fotograf-amator, w tych bardziej zajętych redaktorka i tłumaczka. A to jest jej kobiecy blog o stylu retro i vintage, na nim dużo porad urodowych i ciekawostek, do tego lifestyle w starym stylu.