Pierwsza sprzedaż wysyłkowa: papier toaletowy, afrodyzjaki i Angelina Jolie

25 grudnia 2017
Wigilijny stół naszych przodków. Polska szlachta piła to, co najlepsze
21 grudnia 2017
10 (albo więcej) rzeczy, których nie wiecie o domach schadzek
27 grudnia 2017

Pierwsza sprzedaż wysyłkowa na szeroką skalę

 

Na początku XX wieku o wiele bardziej niż dziś było widać rozwarstwienie społeczne i poziom zamożności jego poszczególnych członków. Wynika z tego, że rynek dóbr luksusowych, który na szerszą skalę dopiero zaczynał raczkować, kierował swoją ofertę do raptem kilku procent ludności. A jeśli mowa o perfumach, to wydawać by się mogło, że były tylko niewiele znaczącym zbytkiem dla najbogatszych, bo wyłącznie oni mogli pozwolić sobie na takie szaleństwa. Jednak gdy prześledzić historię, to okazuje się, że nie na całym świecie realia były aż tak surowe: około 1900 roku rynek „towarów eleganckich” w USA przeżywał prawdziwy rozkwit, firmy kosmetyczne produkowały rocznie setki nowych zapachów, problem w tym, że każdy z nich był na przysłowiowe „jedno kopyto”, dlatego pamięć o nich umierała z nastaniem kolejnego sezonu i żaden nie stał się taką drogeryjną gwiazdą, by przetrwać do naszych czasów.

Już w latach 80. XIX wieku klasa średnia chętnie zaopatrywała się w kosmetyki dostępne w aptekach i sklepach kolonialnych. Królowały te sygnowane logo Frederick Strearns & Co. , oraz California Perfume Company, który z czasem przekształcił się w z powodzeniem prosperujący do dziś Avon. Prekursorem takiego sposobu rozprowadzania towarów (przy pomocy katalogów wysyłkowych) był Sears, który tak zdobywał klientów już w roku 1888. Wraz z rozrostem infrastruktury kolejowej, rosły także możliwości biznesowe – pociągi docierały nawet do najdalszych zakątków kraju, dzięki czemu dostarczanie towarów stało się łatwiejsze niż kiedykolwiek – stacje powstawały nawet na terenach wiejskich, dlatego przewożenie i rozdysponowywanie przesyłek przestało być takim problemem jakim było kiedyś.

 

"Każdy inny , wszyscy równi"

 

Wraz z rozwojem firmy przybywało w katalogu produktów – teraz każdy, niezależnie od miejsca zamieszkania, mógł kupić sobie modne przybory kuchenne, zegarki, przyprawy, ubrania, galanterię skórzaną i elementy wystroju łazienek. Wszystko do wyboru do koloru, niezależnie od tego w jakim zakątku Stanów ktoś mieszkał, nie omijała go przyjemność cieszenia się takimi samymi możliwościami konsumenckimi, jakie mieli obywatele największych ośrodków. Zasięg wydawanego dwa razy w roku katalogu obejmował właściwie cały kraj – od tamtej pory każdy mógł mieć piękne tapety na ścianach i wanny, w których sesji nie powstydziłaby się nawet gwiazda estrady. Wystarczyło tylko dysponować odpowiednią ilością gotówki.

Wygląda również na to, że Sears miał świetnych PR-owców, takich na miarę nadchodzącej epoki – wykazywał się wyjątkowo empatycznym podejściem do klienta, jako pierwszy na szeroką skalę wprowadził slogan „Satysfakcja albo zwrot pieniędzy”, a na stronach dotyczących polityki wobec odbiorców swoich towarów posługiwał się nawet wizerunkiem Temidy, dla podkreślenia faktu, że od tej pory wszyscy mogą mieć równy i sprawiedliwy dostęp do tych samych dóbr a Sears nie dzieli ludzi na lepszych i gorszych, bogatszych i biedniejszych – asortyment był identyczny dla wszystkich. Dodatkowym plusem takiego sposobu robienia zakupów była anonimowość – to jeszcze nie był ten moment, kiedy szło się do centrum handlowego i nikt nikomu do wózka nie zaglądał – szczególnie w mniejszych miejscowościach funkcjonowały tylko lokalne sklepy, gdzie klienci najczęściej dobrze znali się z właścicielami – kobieta, która kupowała zbyt dużo kosmetyków mogła stać się obiektem nieprzyjemnych plotek. (Wiecie, w stylu, że zamiast zajmować się domem, dziećmi, gotować obiad dla męża, ona przepiernicza jego ciężko zarobione pieniądze na zbytki, a w dodatku nieskromnie podkreśla urodę).

 

Angelina ambasadorką tandety

 

Dodatkowym atutem Searsa był fakt, że oferował swoje produkty w szerokiej gamie pojemności i dostarczał do odbiorcy w ciekawych opakowaniach, które dawały +10 do oryginalności. Ceny zaczynały się od 25 centów za mały flakon, co odpowiada dzisiejszym 7 dolarom – to nie było ani mało, ani dużo – konkurencja wcale nie była droższa, a jednak to Sears miał najlepsze wyniki sprzedaży, głównie dzięki ogromnej rozpiętości oferty i odpowiedniemu podejściu, nowatorskiemu jak na tamte czasy. Hiperbola językowa, którą stosowano zarówno w nagłówkach, jak i w nazwach perfum, znajdowała odzwierciedlenie w zainteresowaniu klientów: Triple Extract, Seroco, Climax – każdy sprzedawany w innej buteleczce, nie wiadomo który z nich był wodą perfumowaną, który toaletową, a który mógł uchodzić za afrodyzjak, chociaż sugestywna nazwa tego ostatniego mogła budzić różne skojarzenia i prowadzić w jedynym słusznym kierunku. Jednak firma nie była skłonna do przesadnie skandalicznych kampanii, dlatego nazwę Climax nosiły też inne produkty z katalogu, które miały z pewnością inne zastosowanie niż wzbudzenie seksualnego zainteresowania u płci przeciwnej: wędki, wózki spacerowe, papiery toaletowe…

Swoją drogą, trochę dziwna analogia, papier toaletowy jako moment kulimacyjny… Jednak patrząc z dzisiejszej perspektywy powinniśmy być wdzięczni Searsowi – dzięki niemu perfumy zaczęły funkcjonować w ogólnej świadomości jako powszechnie dostępne dobro, nie coś, co zostało stworzone wyłącznie dla wąskiego grona odbiorców. Fakt, że żaden z zapachów, mimo ogromnej popularności w czasie największego rozkwitu firmy, nie został zapamiętany do dnia dzisiejszego świadczy o tym, że nie były to kompozycje ani nowatorskie, ani wyrafinowane – przeciwnie, skierowane do szerokiego grona, miały trafić w gusta jak największej ilości konsumentów, bez pozostawiania miejsca na skraje emocje. Ale czy można mieć o to pretensje do producentów? Dziś przecież nie jest inaczej, wystarczy wejść do pierwszej lepszej sieciowej perfumerii i powąchać kilka nowości – trudno pozbyć się wrażenia, że wszystkie są tworzone z tego samego klucza i nie oferują niczego zaskakującego. Przykłady? Proszę bardzo. Black Opium, które przez długi czas było bestsellerem niemal wszędzie, Mon od Guerlain (nie ratuje go nawet Angelina Jolie jako twarz kampanii – jest tak bezpiecznie jałowe jak jej wizerunek bojowniczki o dobro biednych dzieci w Afryce (co nie przeczy faktowi, że jest tam mnóstwo takich dzieci) i równie wiarygodne. To zapach ładny jak jej wyphotoshopowane zdjęcia z dobrych czasów, kiedy jeszcze nie wyglądała tak, jakby przy silnym podmuchu wiatru mogła doznać dotkliwych obrażeń. Kiedyś co druga kobieta na ulicy pachniała Euphorią by Klein, to był naprawdę obiekt pożądania i zapach, który chyba wyprzedziła jego własna legenda. Nigdy mnie szczególnie nie ujmował, a każda kolejna wariacja na jego temat była gorsza od poprzedniej. Wy też macie takie odczucia?

 
paniretro
paniretro
Pani Retro, w wolnych chwilach fotograf-amator, w tych bardziej zajętych redaktorka i tłumaczka. A to jest jej kobiecy blog o stylu retro i vintage, na nim dużo porad urodowych i ciekawostek, do tego lifestyle w starym stylu.