Wigilijny stół naszych przodków. Polska szlachta piła to, co najlepsze

21 grudnia 2017
Poznajcie B., czyli dlaczego kobiety nie chcą wartościowych mężczyzn
19 grudnia 2017
Pierwsza sprzedaż wysyłkowa: papier toaletowy, afrodyzjaki i Angelina Jolie
25 grudnia 2017

Podobno tylko jeden dzień jest magiczny

 

Od zawsze wśród świątecznych tradycji chrześcijan szczególną rolę odgrywała Wigilia Bożego Narodzenia, przypadająca na 24 grudnia. Wielu uważa, że to najbardziej magiczny i najpiękniejszy dzień w roku: wtedy na Ziemi dzieją się cuda i dziwy, niespodziewane przeplata się z niemożliwym i nawet zło na ten jeden wieczór pokazuje swoją łagodniejszą twarz. Wilija, postnik, wieczerza, Boży obiad, a na wschodzie kutia – każda z tych nazw określa to samo wydarzenie, rozpoczynające się wraz z zabłyśnięciem na niebie pierwszej gwiazdki (podobno ma ona symbolizować światło, które pojawiło się nad betlejemską grotą i prowadziło pasterzy i Mędrców do żłobka, gdzie Maryja ułożyła małego Jezuska). Zanim biesiadnicy zasiądą do stołu, łamią się opłatkiem, nazywanym przez poetów anielskim chlebem, na znak pokoju, miłości, jedności i pojednania. Nawet obcy sobie ludzie mają wtedy dla siebie dobre słowo, zwaśnione strony odnajdują w sobie wolę, by zażegnać spory i wyciągnąć w stronę wroga rękę na zgodę. Nie wiem na ile to autosugestia a na ile niezwykłe właściwości tego wyjątkowego wieczoru, ale pozytywne odruchy w stosunku do drugiego człowieka jakoś łatwiej wszystkim przychodzą. Szkoda, że coś takiego nie ogarnia otoczenia przez cały rok, w sumie milej by się wtedy żyło… A może gdyby było tak powszednie, to straciło by wszystko ze swojej cudowności?

Opłatek połamany, obdzielony, można zabrać się do jedzenia. W końcu w myśl tradycji wszyscy powinni być głodni jak wilki, bo kolacja jest pierwszym posiłkiem, który można spożyć w tym wyjątkowym dniu. Wcześniej obowiązuje ścisły post, na szczęście z wyłączeniem płynów. ;) W wielu częściach Polski do dziś podtrzymywany jest zwyczaj „topienia”, „zalewania” robaka (przynajmniej na śląsku tak to się nazywa) – sąsiedzi odwiedzają się w godzinach porannych i wypijają na czczo kieliszek czystej wódki z miodem, wierząc, że w ten sposób wszystkie smutki i nieszczęścia, które mogłyby za nimi „przejść” w kolejny rok zostaną zneutralizowane przez alkohol i wzajemną życzliwość wydzielającą się podczas kultywowania tej uroczej tradycji. ;) (O temu podobnych w innym wpisie!).

 

Kto lubi kompot z brudnej wody?

 

Wedle zwyczaju, wszystkie 12 (tyle, ilu było apostołów i tyle ile jest miesięcy w roku, chociaż ta liczba zmienia się w zależności od regionu kraju. Liczba potraw, nie liczna apostołów ani nie liczba miesięcy) potraw na wigilijnym stole powinno być postne i nie zawierać mięsa ani tłuszczów zwierzęcych – dawniej ortodoksyjne gospodynie przed przygotowaniem wieczerzy dokładnie szorowały naczynia, by nie zostało w nich nic niedozwolonego (nie mam tu na myśli narkotyków). Ważniejsza od ilości potraw była ich obfitość: wszystkiego miało być w opór, by przyszłoroczne plony były jak najlepsze a w domu panował dostatek.

Jak kazał obyczaj na stole powinno znaleźć się wszystko to, co daje ziemia, woda i las: zboża, warzywa, rośliny oleiste, owoce, miód, ryby, grzyby, a więc wszystko to, co rodzi się w polu, sadzie, leśnej barci, wodzie i ogrodzie. W chłopskiej chacie jadało się więc chleb, barszcz z buraków, żur, zupę z grzybów (ale nie na rosole, luje!), kapustę z grochem i grzybami (niekoniecznie łącznie, przynajmniej u mnie zawsze było osobno), pierogi z farszem bezmięsnym: kapusta, soczewica, szpinak, borowiki, ziemniaki (na śląsku nie do pomyślenia, kto je do uroczystej kolacji taki zapychacz?), a wszystko zapija się kompotem z suszonych owoców, który ma kolor brudnej wody z prania i zapach takoż podobny – ani wszyscy diabli ani anieli nie byliby w stanie mnie zmusić do spróbowania tego „specjału”, wszyscy, którym to smakuje są dla mnie przybyszami z innej planety.

 

Słowiański rodowód potraw z maku

 

Mało kto dziś pamięta najstarsze wigilijne potrawy, z biegiem lat całkowicie zrezygnowano z ich przyrządzania na rzecz „bogatszych” i bardziej współczesnych specjałów. Na chłopskich stołach nie brakowało brej i siemieniotki – zupy przygotowywanej z konopii, popularnej głównie na Śląsku. Serwowano ją z kaszą gryczaną lub grzankami. Powszechnie wierzono, że oprócz walorów smakowych ma także właściwości lecznicze: chroni przed świerzbem i chorobą wrzodową. Pozycją obowiązkową był kisiel z owsa i sina zupa, na wschodzie zaś jedzono kutię (ta tradycja jako jedyna przetrwała do dzisiaj). Ta „dawna” kutia była jednak trochę inna niż ta z którą można się zetknąć obecnie. Kiedyś składała się tylko z pszenicy, kaszy (pęczaku lub perłowej) maku i miodu. Współcześnie dodaje się jeszcze ryż, rodzynki, orzechy migdały, skórkę pomarańczową, a na koniec zalewa się ją słodką śmietanką, więc jak widzicie wersja „wypasiona”.

Wydaje się, że na wigilijnych stołach Polaków karp obecny był od zawsze, wiecie, taka odwieczna tradycja. Tymczasem początkowo dary mórz i jezior jadano głównie w rodzinach rybackich, gdzie stanowiły podstawowe źródło utrzymania, oraz w bogatych dworach szlacheckich i klasztorach, które często dysponowały własnymi stawami. Dawniej bardzo popularny jako odświętne danie był szczupak, którego przyrządzano faszerowanego po żydowsku (podobnie jak dziś karpia) lub z kwasem buraczanym.

W rodzinach chłopskich Wigilia składała się głównie ze skromnych i prostych potraw – stan zamożności nie pozwalał na kulinarne fantazje, aczkolwiek w każdym regionie, a nawet w każdej rodzinie, w zależności od tradycji, pojawiały się różne wariacje na temat klasycznych przepisów. Staropolska Wigilia szlachecka była prawdziwą ucztą – stoły uginały się pod ciężarem wykwintnych przysmaków: serwowano zazwyczaj po kilka zup, w tym barszcz z uszkami, grzybową z borowików (obowiązkowo „czarną”, bez zabielania!),rybną i migdałową. Do tego ryby we wszystkich konfiguracjach, słodycze, ciasta, miody pitne i wina własnego wyrobu. Raczej nie miało to nic wspólnego z duchowym przeżywaniem Świąt.

 

A jednak nie wszystko zaczęło się od Kościoła

 

Niektóre potrawy, jak na przykład kutia, zostały do Polski „przyniesione” przez ludność napływową ze wschodu – pierwotnie było to przecież danie żałobne, które przygotowywano z okazji Dziadów i pozostawiano dla przybywających dusz przodków, by te mogły się posilić i spokojnie powrócić w Zaświaty. Sam fakt obecności kutii i innych potraw z maku jest echem dawnych wierzeń słowiańskich, wszak nasi pra pra pra pra dziadowie wspominali tych, którzy odeszli przy okazji wszystkich dorocznych Świąt, a więc również w czasie przesilenia słonecznego, które przypada mniej więcej w okresie Bożego Narodzenia (taki tam przypadek, jeden z wielu, wiadomo przecież, że wszystkie te tradycje „stworzył” Kościół…) Obecnie zdecydowanie bardziej popularna jest jako jeden ze słodkich posiłków wigilijnych i podaje się ją nie tylko na wschodzie, ale i w innych regionach kraju.

Dziś rzadko(ja nigdy się z czymś takim nie spotkałam) do kolacji wigilijnej podaje się ziemniaki jako dodatek do ryby. Zazwyczaj pieczono specjalne chleby i pszenne bułki, z którymi następnie jadło się karpie, szczupaki i śledzie. Na deser pieczono ciasta na bazie maku i bakalii oraz pierniki korzenne z dodatkiem miodu – w najbardziej ortodoksyjnych domach, gdzie ściśle przestrzegało się postu, słodycze były dozwolone dopiero w Boże Narodzenie.

Jednym z najważniejszych wigilijnych zwyczajów było próbowanie WSZYSTKICH potraw: nieważne, że nie lubisz ryby a połączenie kaszy z miodem wydaje Ci się co najmniej dziwne. Tradycja nakazywała, że choćby symbolicznie, ale jednak, każdy domownik musi posilić się wszystkim tym, co znajduje się na stole (z wyłączeniem obrusu i sianka) – miał to być wyraz szacunku do Matki Ziemi i jej płodów a także ciężkiej pracy rąk, które przez cały rok starały się o to, by w ten wyjątkowy wieczór niczego nie zabrakło. Nikt nie powinien wzgardzić tym, co zostało osiągnięte z takim trudem. Podczas kolacji odprawiano liczne rytuały, mające zapewnić urodzaj w nadchodzącym sezonie: podczas jedzenia wypowiadano więc życzenia: składaj się kapusto, wij się groszku, rodźcie się ziemniaki. Więcej o tradycjach bożonarodzeniowych, tym razem nie tych kulinarnych, w następnym wpisie.

 
paniretro
paniretro
Pani Retro, w wolnych chwilach fotograf-amator, w tych bardziej zajętych redaktorka i tłumaczka. A to jest jej kobiecy blog o stylu retro i vintage, na nim dużo porad urodowych i ciekawostek, do tego lifestyle w starym stylu.
  • Katarzyna M

    Zdecydowanie poprawiłas mi nastroj na swieta.
    Nieco usmiechu i duzo ciekawostek ma pozytywny wydzwiek im bylam starsza tym bardziej zapomnialam i zatracalam magie tradycji kiedy to rutyna i must have ja zabijaly te sprobuje spedzic radośnie 😉