Halo, halo, tu Pani Pani(ka)

11 grudnia 2017
Nauki przedmałżeńskie, czyli jak zdobyć dobrego kandydata
1 grudnia 2017
Ósmy krąg piekła czyli luksus mieszkania z teściową
19 grudnia 2017

Dzień dobry, tu nerwica

 

Nie ma chyba gorszego i bardziej paraliżującego uczucia od tego, którego doznajemy podczas ataku paniki. Potwierdzi to każdy nerwicowiec, który miał niewątpliwą przyjemność przeżyć to „niesamowite” doświadczenie… Tak sobie myślę, że najgorszy jest chyba pierwszy raz. Nagle COŚ się z Tobą dzieje, ale nie potrafisz powiedzieć co, bo dziwactwo, które właśnie zaczyna przetaczać się przez Twoje ciało i umysł nie jest porównywalne z niczym, co poznałeś co tej pory. Z każdą minutą (która ciągnie się jak rok) coraz bardziej tracisz kontrolę nad tym, co właśnie się wyprawia a wraz z tym umyka Ci kontakt z rzeczywistością. Nie możesz się skoncentrować na niczym poza tym cholernym paraliżem, zaczynasz się coraz bardziej nakręcać, kiedy zauważasz, że dłonie masz mokre od potu, z trudem łapiesz oddech, żołądek tańczy kankana a serce próbuje właśnie przecisnąć się przez Twoje gardło (masz wrażenie, że jego średnica skurczyła się teraz do rozmiaru nici dentystycznej). Nie musi minąć dużo czasu, żebyś nabrał przekonania, że nadszedł ten moment: oto umierasz. Schodzisz z tego świata, masz zawał, udar, pęka Ci tętniak w mózgu (ten sam, którego istnienie od dawna podejrzewałeś, ale nie miałeś odwagi sprawdzić. I tak nic nie dałaby świadomość, że gdyby tak się stało, już dawno leżałbyś na chodniku, pozbawiony świadomości), albo właśnie zaczął dawać objawy rak, przecież tak to właśnie się odbywa. Jeszcze chwila i zemdlejesz, dałbyś sobie w tej chwili uciąć za to rękę, zlecą się ludzie, ktoś od razu wezwie karawan, będzie wstyd, matka oszaleje z rozpaczy, ale Tobie będzie już wszystko jedno. Świat i tak odpłynął daleko, daleko już jakiś czas temu i Twój kontakt z nim jest mocno ograniczony. Ostatkiem sił, odruchowo wyjmujesz telefon.

 

Nie umierasz!

 

Jeśli jesteś w środku miasta, zaczynasz szukać ławki (w końcu zaraz upadniesz), wychodzisz z sali wykładowej na chłodniejszy korytarz. Nie chcesz, żeby ktoś Cię oglądał i zapewne wolisz uniknąć zwymiotowania sąsiadowi pod nogi. Chwila… ale co jest? Przecież miałeś już nie żyć, a jednak ciągle tu jesteś i męczysz się z tym potworem, który Cię dopadł i próbuje zeżreć, ale jakoś tak po kawałku, zamiast połknąć od razu i mieć to z głowy. Może jednak to jeszcze nie koniec? Gratuluję, właśnie zawitała do Ciebie panika, która od tej pory stanie się wierną towarzyszką Twoich podróży, ważnych rozmów, egzaminów, spotkań z przyjaciółmi, wymarzonych koncertów (oj, nie lubimy tłumów) i wszystkiego tego, co sobie zaplanowałeś i czego śmiałeś zapragnąć. Będzie próbowała założyć Ci smycz, obrożę i kaganiec, jeśli jej na to pozwolisz, zrobi z Ciebie więźnia własnego domu, pokoju, głowy. Nie pozwoli Ci wyjść nawet po zakupy, doprowadzi Cię do takiego stanu, że będziesz wolał umrzeć z głodu niż zmierzyć się ze strażnikiem, który czeka u drzwi tego bezpiecznego schronienia…a raczej Twojej celi. Jest gorsza niż Stalin, Hitler i Mao razem wzięci, bo powoli i sukcesywnie będzie zagarniała każdy aspekt życia, krok po kroku, nie zostawi nic dla Ciebie i wszystko podporządkuje swojej woli. Każda Twoja słabość uczyni ją silniejszą, nie minie wiele czasu a stanie się niepodzielną królową Twojego świata, towarzyszką każdego oddechu, karzącą najmniejsze nieposłuszeństwo kolejnym atakiem. Jak cholerny chomik. Taki właśnie będziesz, biegający bez końca w swojej karuzeli. Może nawet pozazdrościsz gryzoniowi, bo on ma ten komfort, że w każdej chwili może z niej wyjść, a o Tobie niestety nie można powiedzieć tego samego. Nabierzesz przekonania, że to się nie skończy, nigdy się nie zmieni, nie zrealizujesz ani jednego marzenia, do końca swoich dni będziesz żył w lęku, który w istocie nie jest niczym więcej poza nim. Tak, właśnie tak jest – najbardziej w tym wszystkim przeraża Cię lęk. To obezwładnienie, brak kontroli, chęć ucieczki.

 

Benzo, benzo powiedz przecie...

 

Ile razy już Ci się to przytrafiło? Ile razy wydawało Ci się, że zdychasz jak pies pod płotem? A jednak żyjesz i czytasz te słowa. Nadal się męczysz. A tak naprawdę na dłuższą metę nie pomoże Ci żaden artykuł, nie uspokoi Cię szukanie potwierdzenia w sieci, nie wyleczą zapewnienia kolejnych specjalistów, że objawy somatyczne, które doprowadzają Cię do pomieszania zmysłów nie są wynikiem żadnej straszliwej choroby. Jak przyjdzie co do czego, świstek z wynikami będzie się nadawał najwyżej do streszczenia na nim Twojej ostatniej woli. Jest taka opcja, że pomoże Ci psychiatra, zgadza się, są tacy, którzy na to idą, może nawet wielu – na leki, które on przepisuje. Może tak być, że za którymś razem trafi i po kilku miesiącach poczujesz jakiś rodzaj ulgi. Ale czy ten fakt pomoże Ci wrócić do życia? Porównałabym to do rehabilitacji po wylewie. Bo tutaj też wszystkiego musisz uczyć się na nowo, a łatwo nie jest. Bo rzadko kto jest takim szczęściarzem, że psychotropy zmieniają mu optykę o 180 stopni i nagle wszystko wraca do normy. Jasne, częściowo wyciszają „somaty”, ale nie załatwią za Ciebie najważniejszego – nie przełamią lęku przed lękiem. Nie pozbędziesz się dzięki nim tego odruchu, którego się nauczyłeś. Musisz to zrobić sam, stanąć do walki z samym sobą, a lojalnie uprzedzam, że często wyjdziesz z niej poobijany, bo nikt nie jest dla człowieka takim doskonałym wrogiem jakim jest jego własny mózg. Muszę Cię jednocześnie zmartwić i pocieszyć: nawet jeśli brzmi to jak frazes, piszę to w oparciu o własne doświadczenia i wiem, że to prawda – wszystko zależy od Ciebie. Jedyne czego potrzebujesz, to motywacja i jakiś dobry oręż – musisz znaleźć sobie coś, czego pragniesz tak mocno, że aż chce Ci się płakać, kiedy o tym myślisz – po czym udać się do zbrojowni i wybrać sobie coś odpowiedniego.

W moim przypadku było to straszliwe, niebezpieczne, będące gwoździem do trumny BENZO. Tak, benzodiazepina, szerzej znana jako xanax, afobam, frontin. Nie ma lepszego kompana, kiedy wróg naciera na Twoje pozycje. Da Ci pewność siebie w początkowej fazie tej wojny, a jak będzie trzeba, na jakiś czas zneutralizuje broń, przy pomocy której niszczy Cię nerwica. Pozwoli Ci wyjść i przerwać ten zaklęty krąg, nauczysz się, że wyjście z domu nie musi skończyć się porażką. Raz, drugi, dziesiąty. Zaczniesz wypuszczać się coraz dalej, wróci Ci odwaga. Zawsze będziesz miał z tyłu głowy ten wentyl bezpieczeństwa, jakby coś, masz w kieszeni te 0.5mg wybawienia. Oczywiście pod warunkiem, że nie uczynisz z tego sposobu na rozwiązanie wszystkich problemów – nie oszukuj się, jak będziesz brał benzo codziennie, to po miesiącu się okaże, że jednak straciła całą swoją magię, a Ty będziesz łaził jak ćpun na głodzie. Niech to będzie jak…lembasy dla hobbitów w Mordorze! Całkiem niezła analogia. Wybawienie na czarną godzinę. Tak to traktuj, a będzie dobrze. Tylko bądź przygotowany na to, że niektórzy psychiatrzy traktują DOROSŁYCH pacjentów jak ludzi niedorozwiniętych umysłowo i nie potrafiących odpowiadać za swoje czyny, czytaj: za cholerę nie wypiszą Ci recepty na benzodiazepiny, BO TO SZKODLIWE! Wylądujesz na odwyku… Jasne, niewychodzenie z domu i dostawanie kręćka przy codziennych czynnościach za to w ogóle nie jest szkodliwe. Nie daj sobie wmówić, że jesteś ułomny, w takiej sytuacji po prostu idź do kogoś innego. Żeby zawalczyć o siebie, warto podjąć ryzyko, serio.

 
paniretro
paniretro
Pani Retro, w wolnych chwilach fotograf-amator, w tych bardziej zajętych redaktorka i tłumaczka. A to jest jej kobiecy blog o stylu retro i vintage, na nim dużo porad urodowych i ciekawostek, do tego lifestyle w starym stylu.
  • Bonnie

    To będzie pewnie jedna z tych rad.
    Ale mnie pomogło liczenie czasu. Oddzielałam strach i liczyłam, ile czasu upłynęło, i że po tym czasie nic się nie stało. Atak paniki wreszcie przechodził – one zawsze przechodzą – a wtedy sobie gratulowałam w duchu – no widzisz, nic się nie stało, jesteś bardzo dzielna. Ataki zaczęły być coraz rzadsze, a ja naumyślnie wystawiałam się na okoliczności, które je zwykle triggerowały. I tak z dwa razy w tygodniu zrobiło się raz w miesiącu, potem raz na pół roku… od kilku lat, prawie od dekady, jestem wolna. Mam wrażenie, że zastosowałam bezwiednie metodę behawioralną. Podobno jest dość skuteczna. I w sumie cieszę się, że się nie uciekłam do xanaxu, ze wszystkich leków ten jest akurat dość morderczy.

    • paniretro

      Każdy sposób jest dobry, żeby jakoś odciągnąć myśli od tego, co się z nami dzieje.

    • Nadija

      Każdy sposób jest dobry, żeby jakoś odciągnąć myśli, najgorzej jest dać się im ponieść…

  • Katarzyna M

    Zdecydowanie musze sprobowac.
    Mnie najczęściej łapie w samochodzie,po serii wypadkow w bliskich kręgach.
    Woda modlitwy zamykanie oczu.
    Zdecydowanie wiele daje terapia ja na swoja musze wrócić.
    Bo obawiam sie ze zlapie mnie w sytuacji gdy bede musiala innegerowac przy mlodej.

    • Ja mam wrażenie, że mogłabym chodzić na terapię przez 10 lat i nic by mi to nie pomogło.