„Żonę bić należy”, czyli o życiu kobiet na XIX-wiecznej wsi

26 listopada 2017
„Aura” pachnie jak stara apteka pośrodku Kosmosu
25 listopada 2017
Co wolno kobiecie przy mężczyźnie? Przypudrowana góra lodowa zamiast kuszącej tajemnicy
27 listopada 2017

Wsi spokojna, wsi wesoła... Jasne!

 

Kobiety urodzone na wsi, zamieszkujące tereny leżące najczęściej w obrębie włości szlacheckich, nie miały łatwego życia. Ich świat był obszarem bardzo ograniczonym, raczej nie miały okazji wypuszczać się dalej niż najbliższe zabudowania: chałupa-pole-dwór-kościół, na tym kończyły się przygotowane dla nich przez los „atrakcje”. Schowane głęboko w cieniu swoich mężów, przygniecione codziennymi obowiązkami, nie miały czasu ani możliwości na samorozwój i poznawanie: często nie potrafiły pisać ani czytać, nie interesowały się polityką ani sprawami bieżącymi, skupione na zapewnieniu ciągłości funkcjonowania swojemu rodzinnemu poletku. Większość z nich nie orientowała się nawet w kalendarzu: bieg czasu wyznaczały pory roku, odpusty i święta. Lato upływało pod znakiem żniw, kiedy razem z mężczyznami i dziećmi od rana do wieczora ciężko pracowały w polu. A poza tym? Każdy dzień podobny do poprzedniego: pielenie, kopanie ziemniaków, pranie, młócenie zboża, tkactwo, szycie. Monotonię tych zajęć umilał chyba tylko fakt, że czynności te wykonywały zazwyczaj zbiorowo, dzięki czemu miały okazję trochę zasięgnąć języka u sąsiadek i wymienić się najnowszymi plotkami. Życie na wsi wcale nie stwarzało ku temu tak wielu okazji, jak mogłoby się niektórym wydawać, zresztą gadulstwo było w tych społecznościach raczej piętnowane i nikt nie pozwalał sobie publicznie na długie rozmowy.

 
 

Czy wiesz, że...

  • Miarą atrakcyjności kobiety - chłopki były jak najgrubsze uda i duże ręce? To gwarantowało, że będzie miała siłę ciężko pracować w gospodarstwie i rodzić dzieci
  • W XIX wieku 40-50 letnia mieszkanka wsi wyglądała jak dzisiejsze staruszki. Tryb życia nieszczególnie służył zachowaniu urody i dobrej formy
 

Kobieta=służąca i worek treningowy

 

A byłoby to na pewno miłym oderwaniem od szarej rzeczywistości, bowiem na kobiecych głowach i barkach spoczywało „być albo nie być całego gospodarstwa”. Począwszy od przygotowywania jedzenia, oporządzania zwierząt, na szyciu bielizny skończywszy. Chłopka musiała zadbać o to, żeby jej rodzina nie głodowała przez długie zimowe miesiące, dlatego już latem gromadziła zapasy, których i tak zazwyczaj na przednówku zaczynało brakować. Dlatego jedzono oszczędnie, porcje były zwykle niewielkie (szczególnie te przeznaczone dla parobków), gotowano tylko obiad, który stanowił jednocześnie kolację i śniadanie następnego dnia. Rarytasów nie było: kasza, kiszona kapusta, suszona rzepa. Mięsa i chleba raczej nie spożywano – wiadomo, za drogie. Gospodarstwa były względnie samowystarczalne, na stoły wjeżdżało więc to, co mogło wyrosnąć na polu albo na grządce. A jak bieda przycisnęła? Mieszkanki wsi musiały być na to przygotowane. Dlatego zbierano wszystko, co dawał las i łąka: jagody, szczaw, rdest, komosa, pokrzywy, mlecze, perz a nawet żołędzie i jaja z ptasich gniazd. Ubóstwo dawało się więc we znaki na każdym kroku, żeby się o tym przekonać, wystarczyłoby wejść do pierwszej lepszej chałupy: w izbie brud, smród, wałęsające się wszędzie kurczaki i gęsi, muchy, wszy, pluskwy, wilgoć, zaduch (nigdy nie otwierano okien). Takiego domu po prostu nie dało się posprzątać i nawet nie było sensu tego robić. O sanitariatach nikt wtedy nie słyszał, a odór chyba po jakimś czasie przestawał być uciążliwy, kiedy mieszkało się z trzodą chlewną w jednym pomieszczeniu, a dom otoczony był przez bajora błota i gnojowicy.

Przez swoich mężów chłopki trzymane były krótko, bicie żony uważano za coś zupełnie normalnego, kobiety również podzielały to przekonanie. Przyjęło się jedynie, by raczej nie karać małżonki publicznie, choć i od tego zdarzały się odstępstwa. „Żonę, gdy była dobra, należało bić, by się nie popsuła, gdy była zła – żeby się naprawiła”. Mężczyzna miał prawo karcić w ten sposób wszystkich mieszkańców gospodarstwa, nikomu nie przychodziło nawet do głowy się na to skarżyć, bo i nie było ani gdzie, ani po co – każdy to znał i nie dziwił się takiemu obrotowi spraw. Sielanka trwała w prawie każdym obejściu. W wielu rodzinach przemoc była obecna do tego stopnia, że z powodu pobić dochodziło do kalectwa wśród kobiet i dzieci, na porządku dziennym były również poronienia – kiedy mąż uważał, że należy sprać żonę, nie miało znaczenia, czy nosi pod sercem płód czy nie. Poszanowanie dla życia, które niby miało występować wśród bogobojnej ludności wiejskiej nie miało wiele wspólnego z rzeczywistością. A szans na ratunek nie było: rozwody nie istniały, separacja była uważana za ciężki grzech i nikt nie miał odwagi nawet się o nią starać (zresztą, nawet gdyby jakimś cudem to się udało, dokąd taka kobieta miałaby się udać? Wynajęcie mieszkania było zdecydowanie niemożliwe. ;) ). Nieszczęśnice salwowały się więc ucieczką do rodziny czy sąsiadów, ale mogły pozostać tam tylko do czasu aż mężowi przejdzie złość…do następnego razu. Mam wrażenie, że kobiety z pokolenia na pokolenie były uczone uległości i przyzwyczajone do takiego traktowania: ich pozycja w domu i we wsi była bardzo niska, mimo że były filarem ich bytu. Przez społeczność uznawane były za nieczyste i niegodne, przez co zabraniało się im wykonywania niektórych czynności, szczególnie napiętnowane były ciężarne. Było w ogóle nie do pomyślenia, żeby żona szła ramię w ramię z mężem, np. do kościoła. Przywilej ten zarezerwowany był tylko dla narzeczonych (wtedy jeszcze należało stwarzać jakieś pozory, po ślubie – wiadomo). Kobieta zawsze podążała kilka kroków za mężczyzną. Takie uwłaczające zachowania dopuszczalne i akceptowalne były w stosunku do wszystkich pań: kiedy do chałupy przybywał jakiś gość, witał się tylko z gospodarzem, kobieta traktowana była jak niewidzialna i jej rola ograniczała się do ewentualnej obsługi kelnerskiej.

 
 

Dopiero w roku

1773

Działacze KEN zainteresowali się fatalnym stanem edukacji kobiet
 

Seks nastolatków i praca w polu z dziećmi

 

Jeśli chodzi o sprawy łóżkowe, z perspektywy kobiety wyglądało to równie beznadziejnie jak cała reszta. Inicjacja seksualna przebiegała wcześnie, od 12-16 roku życia, wcale nie było tak, że dziewictwa strzeżono jak oka w głowie, a dla przyszłego męża cnota jego wybranki była jakaś szczególnie istotna. Obcowanie płciowe nastolatków nie było niczym dziwnym i nie spotykało się z oburzeniem ze strony reszty społeczności. Problem zaczynał się dopiero wtedy, kiedy z tych igraszek wynikało coś więcej i dawało o sobie znać w postaci rosnącego ciążowego brzucha… Wtedy włościanom przypominało się, że jednak musi być po bożemu: dziewczyna była w najlepszym wypadku wytykana palcami, w najgorszym wyrzucana z domu i przepędzana poza granice wsi. Właśnie dlatego często dochodziło do porzuceń niemowląt a nawet do dzieciobójstw. Oczywiście pod warunkiem, że matce i dziecku udało się przeżyć poród, co wcale nie było oczywiste i proste, jeśli wziąć pod uwagę brak jakiejkolwiek higieny i poziom wiedzy medycznej, jaki wtedy funkcjonował w świadomości. Wszystko komplikował także fakt, że kobieta, nawet w połogu nie mogła liczyć na pomoc męża, bowiem panowie w ogóle nie zajmowali się wychowywaniem dzieci, ich rola kończyła się na „łóżkowej robocie”. Reszta niewiele ich interesowała, o fakcie posiadania potomstwa przypominali sobie dopiero gdy to było w wieku kilku lat i można było potraktować je jako żywy inwentarz a tym samym wykorzystać do pomocy w gospodarstwie. Jednak do tego czasu chłopki były pozostawione samym sobie, dzieci zazwyczaj było dużo, obowiązków w domu jeszcze więcej, a ręce do pracy tylko dwie. Normalne było zabieranie noworodków w pole, by w razie potrzeby móc je chociaż nakarmić. Z dzieciakiem na plecach kopano ziemniaki, sadzono i plewiono, te trochę większe, które umiały już stać o własnych siłach, kręciły się w pobliżu uczepione kiecki. Powyżej 5 lat kończyło się eldorado i zaczynała się smutna rzeczywistość: obowiązki gospodarskie, czyli pasanie kur i gęsi. Ośmiolatki przechodziły na wyższy poziom i zajmowały się świniami i krowami. Za zaniechanie lub złe wypełnienie swoich zadań dzieci były karane równie surowo jak ich matki. Nauka? Wolne żarty. Szkół nie było, rodzice nie mieli czasu i sami nie mieli najczęściej szerszego pojęcia o czymkolwiek, co wykraczało poza to, czego wymagało przeżycie na wsi. Pacierz, młócenie, darcie pierza. Inne rodzaje wiedzy były niedostępne.

 
paniretro
paniretro
Pani Retro, w wolnych chwilach fotograf-amator, w tych bardziej zajętych redaktorka i tłumaczka. A to jest jej kobiecy blog o stylu retro i vintage, na nim dużo porad urodowych i ciekawostek, do tego lifestyle w starym stylu.
  • Kat

    Przykre ale prawdziwe.
    Najgorsze ze dzis gdy mamy 21 wiek nie tylko na wsi jeszcze utrzymuje sie „zwyczaj wychowania zon”

    • paniretro

      W sumie to chyba nie tylko na wsi…

  • Waćpanna

    Niedawno czytałam tom poezji Różewicza o matce. Oprócz wierszy
    zawiera on również wspomnienia jego matki właśnie z dzieciństwa
    i wczesnej młodości – tak to wyglądało, jak tutaj napisałaś, tymi słowami
    opisywała życie w XIX wieku na wsi :/. Dodała jeszcze, że ludzie
    nie chcieli, by dzieci poszły do szkoły, większość uważała to za
    coś niepotrzebnego.

    • paniretro

      Napisz to na Facebooku, bo tam znajdują się tacy, którzy twierdzą, że to co stoi w notce nie jest prawdą, choć nie potrafią wskazać dokładnie co i dlaczego. 😉