„Aura” pachnie jak stara apteka pośrodku Kosmosu

Wielki Jaracz od świętej flaszki
21 listopada 2017
„Żonę bić należy”, czyli o życiu kobiet na XIX-wiecznej wsi
26 listopada 2017
 

An instinctive fragrance with vibrating and pulsating notes. The Instinctive Heart contains the Tiger Liana plant which is the signature note of this fragrance and creates a surprising effect for instinctive femininity. The Botanical Heart is a duo of green and floral notes with a blend of rhubarb leaves and orange blossom absolute for an explosive and intense freshness. The Animal Heart is the combination of bourbon vanilla absolute and wolfwood, providing a signature and an addictive sensuality. LISTEN TO YOUR INSTINCT.

 

Nowe dziecko geniusza

 

Perfumy sygnowane charakterystycznym logo Muglera zawsze wzbudzały emocje. Nie na darmo krążą o nich opinie, że albo się je kocha, albo nienawidzi. Mają spore grono oddanych wielbicielek, które nie mogą żyć bez złożonych, bezkompromisowych zapachów zamkniętych w oryginalnych flakonach, i równie dużą ilość przeciwniczek, które uważają je za wręcz nienoszalne i trudne do zniesienia dla najbliższego otoczenia. W tym jednym trzeba przyznać im rację: Angel, Alien, Womanity, Aura, Hot Cologne, Over the musk – są niesamowicie „ogoniaste” i kiedy nosząca przesadzi z ilością wylanej na siebie pachnącej substancji, będzie wyczuwalna wcześniej niż widzialna. Z tego powodu trzeba uważać przy aplikacji i raczej unikać ubierania się w nie w sytuacjach oficjalnych, służbowych.

 
 
 

Pokaż Kotku co masz w środku...

 

Jaka jest Aura? „Nieoczywista”, „szalona”, „nieprzewidywalna”, „wibrująca”, „kosmiczna”, „apetyczna”, „uzależniająca”, „narkotyczna”, „lepka”. Każde z tych określeń może do niej pasować i jednocześnie zaprzeczać wszystkiemu, co w niej wyczuwalne. Brzmi abstrakcyjnie? Jasne, że tak, ale to tylko pozory. Te perfumy tak mocno przywierają do skóry właścicielki, że od pierwszej minuty do ostatniej godziny nieustannie na niej żyją, ewoluują, pokazują coraz to nowe oblicze: momentami piękne, idylliczne, pociągające, po chwili niepokojące, skalane, chłodne i odległe jak kosmos. Trudno oprzeć się wrażeniu, że podobnie jak inne zapachy Muglera, także Aura ma coś wspólnego z Wszechświatem – takie skojarzenie podpowiada choćby flakon, będący tradycyjnie już połączeniem rzeźbionego szkła i metalu. Kiedy je dostałam, moja pierwsza myśl to było: kosmiczna dżungla. W recenzjach często wymieniane są konotacje z filmem „Avatar”. Butelkowa intensywna zieleń butelki i bezdusznie srebrny lśniący kołnierz. Naprawdę nie mogłam się doczekać, żeby je wreszcie powąchać, tym bardziej, że przed rozpoczęciem testów nasłuchałam się o tym, że są: przerażające, okropne, odrzucające, co dawało mi przekonanie graniczące z pewnością, że to może być kolejny MÓJ zapach. Przyzwyczaiłam się już do tego, że te które są chwalone wszem i wobec, dla mnie są nijakie, nudne i płaskie – przykład? Ostatnia wpadka z Alaią. Według większości „arcydzieło sztuki perfumiarskiej” „na miarę perfum niszowych”, na mnie tak beznadziejny, że nawet trudno jakoś go określić.

 
 
 
 

Otwarcie Aury to sosnowy syrop na przeziębienie. Bardzo dużo, bardzo lepkiego syropu rozlewającego się na mokre igły. Wszystko wokół się klei, jest miodowe, szkliste i…zamknięte w futurystycznym statku kosmicznym. Pod przytłaczającą ciężką słodyczą pobrzmiewają (z każdą minutą wyraźniej) laboratoryjne, sterylne nuty, przebłyski białego jaskrawego światła, które raz gaśnie, raz znów się zapala, czasem ustępuje miejsca gotującemu się w blaszanym garnku napojowi z miodem i dużą ilością alkoholu. Zawartość zielonego serca pulsuje razem z tętnem właścicielki, świdruje nozdrza, otula, zniewala. To wszystko, co w sobie zawiera i co oferuje jest tak pomieszane, balansuje na granicy uwielbienia i nienawiści, że trudno nawet wyodrębnić poszczególne nuty zapachowe. W przypadku Aury jest to zresztą całkowicie pozbawione sensu, jak wszystkie zapachy Muglera, jest czymś więcej niż tylko mieszaniną składników, to historia, koncepcja, bezkompromisowe wyrażenie wizji twórcy.

 

Niegrzeczna...

 

Z całą pewnością to nie są perfumy dla każdego. Wątpię, by okazały się wielkim sukcesem komercyjnym na miarę Angela. I bardzo dobrze! Ten zapach jest tak uzależniający, że chciałabym mieć go tylko dla siebie, nie wyobrażam sobie, żeby mogło tak pachnieć pół ulicy. Myślę, że w tym przypadku szala przechyli się zdecydowanie na korzyść przeciwników, według których Aura będzie jakimś absurdalnym snem paranoika. Bez względu na to, czy się je pokocha czy znienawidzi, na pewno warto je poznać, choćby dlatego, że to zapach odważny i przemyślany, idący w zupełnie innym kierunku niż lansowane dziś mainstreamowe pachnidełka mające trafić w gust masowego odbiorcy. W szmaragdowym flakonie nie ma niczego przymilnego: Aura żyje swoim życiem. Bierz mnie taką, jaką jestem albo porzuć na zawsze.

 
_DSC4712
paniretro
paniretro
Pani Retro, w wolnych chwilach fotograf-amator, w tych bardziej zajętych redaktorka i tłumaczka. A to jest jej kobiecy blog o stylu retro i vintage, na nim dużo porad urodowych i ciekawostek, do tego lifestyle w starym stylu.
  • Kat

    Lęk kupić bo uzależni;)

    • Nad

      No chyba nie każdego, bo są w sieci recenzje które mówią, że on jest straszny.