Wielki Jaracz od świętej flaszki

21 listopada 2017
Zielony Osiołek i bezkres
21 listopada 2017
„Aura” pachnie jak stara apteka pośrodku Kosmosu
25 listopada 2017
 

Stefan Jaracz - wóda, wóda, wóda, wóda, sztuka, wóda, wóda, wóda, samobójcza śmierć brata, Ukochana puszczająca go kantem dla hrabiego Potockiego... No cóż, facet naprawdę nie miał lekko.

 

Wielki jaracz na wiecznym rauszu

 

Obecnie wiedza na temat tego wielkiego aktora w świadomości ogółu kończy się na tym, że teatr jego imienia jest gdzieś w Łodzi i i jeszcze na Mazurach. Kim w rzeczywistości był ten Pan i Władca wszystkich przestrzeni na scenie, jedyny hegemon uwagi i zainteresowania widza? Teodozja Lisiewicz (znana z Wesołej Lwowskiej Fali, której była współtwórczynią) pisała o nim: na światy Jaracza składają się cztery elementy: świadoma dobroć, wstrząs świętej odrazy przed ohydą, rzetelność poczynań i poezja. Według tych, którzy zetknęli się z nim na dłużej, wcale nie był takim aniołem, jak możnaby wnioskować z powyższego. Stefek, psze Państwa, przede wszystkim pił. Chlał na umór, był uzależniony od wódy i rzutowało to nieustannie na wszystkie inne sprawy – zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym.

Ci, którzy mieli (nie)szczęście z nim pracować, wspominają go jako drażliwego mruka – potrafił irytować się z powodu drobiazgów – szczególnie kiedy był niedopity, albo nie daj Boże, wczorajszy. Wtedy lepiej było w ogóle nie wchodzić z nim w żadne interakcje – a że któryś z tych stanów występował prawie zawsze, można się domyślać, że tworzenie z mistrzem nie należało do łatwych zajęć. Można uznać za cud, że alkoholizm całkowicie nie pogrążył jego kariery, co właściwie jest kolejnym dowodem jego wielkiego talentu i charyzmy.

Kłócił się przez całe życie, ze wszystkimi – trwająca latami szarpanina ze Związkiem Artystów Scen Polskich, przerywane przedstawienia, skandale, konflikty z reżyserami i kolegami po fachu – wszystko w normie. Między innymi dlatego trudno było mu zagrzać gdzieś miejsce na stałe, może z tego powodu największą popularność zdobył podczas przedstawień objazdowych. Dopiero wtedy, już jako znany i lubiany, dostawał angaże w najbardziej znanych teatrach. Za swoje niepowodzenia i uzależnienie od trunków wysokoprocentowych winił bliskich, znajomych, pracę, nigdy siebie: w towarzystwie chętnie wygłaszał mowy o tym, że to jego plebejskie pochodzenie sprowadza go na takie manowce i sprawia, że nieustannie ciągnie go do kieliszka. Wymawiał kolegom (wywodzącym się często z rodzin inteligenckich), że na ich „poukładane głowy” pracowali dziadowie i ojcowie, on natomiast, jako pierwszy z familii, któremu udało się wybić, musiał do wszystkiego dochodzić sam.

 
„Kiedy się upił – wspomina Irena Krzywicka – dostawał manii wielkości i mówił: Ja – orzeł – nad wami, wy- karły – pode mną. Wam, inteligentom, to łatwo, na was pracowali ojcowie, a często nawet dziadowie, no i coś wam tam w mózgach załatwili, co wam ułatwia pracę zawodową czy twórczą. Ja jestem pierwsze pokolenie i całą wiedzę, pożal się Boże, o świecie, o ludziach, o kulturze, musiałem zdobyć sam. Myślicie, że to łatwo? To trzeba zębami, pazurami! Wielu moich kolegów, którzy chcieli zostać prawdziwymi inteligentami, nie dało rady i albo rozpili się na śmierć, albo w ogóle poszli na dno. Tak że wy nie znacie waszego szczęścia, wam jest łatwo, bo za was pracowali inni”.

Irena Krzywicka

Melanż ma to do siebie, że może trwać długo

 

Prawda była zdecydowanie bardziej prozaiczna. Wiecie, jak to jest… przyjechał ze wsi do wielkiego miasta. Czasy studenckie w Krakowie, nocne życie, cyganeria… Dziś powiedziałoby się, że „poniósł go melanż”. A że pili wtedy wszyscy, wiadomo – nie chciał odstawać od towarzystwa, a dalej to już samo poszło. Początkowo otoczenie mogło odbierać to jako artystyczną ekstrawagancję i fantazję dobrze zapowiadającego się aktora. Na tym się jednak nie skończyło i wkrótce został stałym bywalcem najpodlejszych spelun. Pewnego razu zdarzyło się tak, że Jaracz z kompanią kolegów, w której skład wchodził między innymi Leon Schiller, wszyscy jak jeden będący pod wpływem, przeprawili się łodzią na drugi brzeg Wisły i wylądowali na Pradze. Kiedy tylko postawili stopy na suchym lądzie, natychmiast postanowili poszukać knajpy, coby za bardzo nie wywietrzały im głowy. Trafili do przybytku, jak można było wywnioskować po wyglądzie obecnych tam gości, raczej szemranej opinii. Zapadła cisza, awantura wisiała w powietrzu: wiadomo, proletariat nie lubił obcych. Chmurne spojrzenia jednak wcale nie zbiły z tropu Jaracza: zamaszystym krokiem podszedł do stołu przy którym, jak wywnioskował, siedział herszt całego towarzystwa, porwał ze stołu szklankę bimbru należąco do wyżej wymienionego i wypijając ją jednym haustem zawołał do zebranych:

- Jestem Stefan Jaracz, artysta Teatru Polskiego. Piję wasze zdrowie!

O dziwo, w tym momencie wcale nie błysnęły noże. Jego tupet musiał się spodobać biesiadnikom, bo czapkami omietli stoły i zaprosili go do zawarcia bliższych znajomości, zachowując przy tym, jak na apaszowskie standardy, maniery prawie że lordowskie. To naprawdę musiała być dziwna noc.

Te fantazyjne ekscesy zbiegły się w czasie z ważną premierą, która miała się odbyć w Teatrze Polskim, którego Jaracz był wtedy aktorem, czym już wcześniej zdążył się pochwalić przed nowymi kolegami. 21 kwietnia 1921 roku po raz pierwszy widzowie mieli podziwiać „Kupca weneckiego”, całe miasto ozdabiały afisze, bilety sprzedały się jak świeże bułeczki… Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Jaracz, który grał w tym przedstawieniu Shylocka, na próbę generalną przyszedł na solidnym rauszu, czym rozwścieczył nieznoszącego sprzeciwu i niesubordynacji dyrektora Szyfmana. Pomiędzy panami wybuchł natychmiast ognisty konflikt, w rezultacie spektakl odwołano, za co w recenzjach nie omieszkano obsmarować Jaracza, którego słabość do trunków była powszechnie znana nie tylko w Warszawie. Oliwy do ognia dolewał sam zainteresowany, który w znanych lokalach publicznie rozprawiał o tym, że dyrektorowi chodzi tylko o władzę i pieniądze. ;)

 
 
 
 

Skamandryckie romanse

 
 

Stefan Jaracz pozostawał w dobrej komitywie z bohemą, szczególnie ze skamandrytami, którzy również nie stronili od alkoholu. Lubił towarzystwo młodych literatów, malarzy i filozofów, do białego rana potrafił rozprawiać z nimi o sztuce. Pomimo wpadek, które zaliczał podczas upojenia alkoholowego, wybaczano mu to, co w wykonaniu innych poskutkowałoby natychmiastowym linczem. Z okazji rocznicy Powstania Listopadowego, na scenie teatru im. Bogusławskiego miał deklamować Redutę Ordona.

„Publiczność z niepokojem słuchała, jak mozolił się z odczytaniem tekstu. Deklamator atoli wyplątał się szczęśliwie do końca i dopiero w chwili zejścia ze sceny, poruszony do żywego duch Mickiewicza zaplątał niedysponowanego artystę w fałdy kotary, co publiczność przyjęła żywym aplauzem”. To nie był łatwy okres w życiu Stefana. Choroba alkoholowa pogłębiała się – ratowało go tylko to, że w krótkich chwilach trzeźwości odgrywał role tak wspaniale, że przymykano oko na jego pijackie występki. W 1923 roku rzeczywistość po raz kolejny mu dołożyła – samobójstwo popełnił jego młodszy brat Józef, również aktor. Pogrążony w depresji i marazmie, 23 grudnia wyskoczył z okna swojego mieszkania i w ten sposób zakończył życie.

Picie, chlanie, moczenie mordy, speluny, spektakle, próby na kacu, próby na autopilocie. Tak w skrócie wyglądało życie Jaracza w roku 1922. Grał co prawda główną rolę w „Judaszu” Tetmajera, ale nawet to nie przeszkadzało mu w prowadzeniu bujnego życia towarzyskiego. Pewnego razu, kiedy zamelinował się w jakiejś mordowni, w stanie całkowitego uchlania, by udowodnić, że jest aktorem, wygłosił przed zebranymi monolog ze wspomnianej sztuki. Podobno nigdy nie zebrał tak gorącego aplauzu, jakim uraczyli go apasze. Chyba widać, kto zna się na rzeczy.

Kiedy miał być Smugoniem w Uciekła mi przepióreczka Żeromskiego, właściwie już nie trzeźwiał, grał spektakle na solidnym rauszu, chociaż wchodził na scenę zupełnie trzeźwy. Wkrótce wyszła na jaw tajemnica tych przeobrażeń. Po zakończeniu pierwszego aktu, Jaracz jakby nigdy nic schodził w publicznością do restauracji, która mieściła się na parterze teatru, pił wódkę za wódką przez całe 15 minut i na drugi akt wracał już w stanie mocno wskazującym. Problem z ilością wypijanego alkoholu był do tego stopnia zauważalny, że w końcu przyjaciele umieścili Stefana w „domu zdrowia”…

I w miłości Stefek nie miał szczęścia - co prawda ożenił się i nawet miał dzieci, jednak to nie przeszkadzało mu w utrzymywaniu kontaktów z innymi kobietami, chociaż nigdy nie zostawił małżonki. Gwoździem do trumny był romans jego długoletniej kochanki z przyjacielem aktora, Maurycym hrabią Potockim. Zabawne, że wspomniana Pani polubiła arystokratę dopiero wówczas, gdy ten po śmierci matki odziedziczył ogromny majątek rodowy... Wcześniej ich kontakty były sporadyczne i raczej chłodne. Kolejny raz okazało się, że pieniądz łagodzi obyczaje...

 
paniretro
paniretro
Pani Retro, w wolnych chwilach fotograf-amator, w tych bardziej zajętych redaktorka i tłumaczka. A to jest jej kobiecy blog o stylu retro i vintage, na nim dużo porad urodowych i ciekawostek, do tego lifestyle w starym stylu.
  • katarzyna,m

    Ogólnie zdumiewa mnie historia naszej arystycznej bohemy,
    Ludzie wielcy -ciągani namiętnościami ,rozterkami.
    Słyszałam o nim dużo ale nie aż tak:)
    I mam ambiwalentne uczucia z jednej strony współczucie,ubolewanie a z drugiej podziw mimo wszystko sporo wniósł względem gry,teatru