Adam Przechrzta „Namiestnik”

20 czerwca 2017
Perfumowe zdobycze
18 czerwca 2017
Szukacie miłości na Tinderze?
5 lipca 2017

Co tym razem?

 

Adam Przechrzta w ostatnich latach rozpieszcza swoich czytelników, bo każda kolejna jego książka śmiało może konkurować z poprzednią i wcale nie ustępuje jej w wartkości akcji i ilości ciekawych wątków. Nie inaczej jest w przypadku „Namiestnika”, który jest kontynuacją (nareszcie!) rozpoczynającego serię Materia prima „Adepta”. W drugiej części przygód aptekarza i alchemika Olafa Rudnickiego oraz oficera carskiej armii Aleksandra Samarina przenosimy się jak zwykle u Przechrzty bywa w alternatywną rzeczywistość wojenną, w samo serce Enklawy.

Warszawa. Jest wojna. Nikt nie ma wątpliwości, że sytuacja jest ciężka, a żyć trzeba. Bohaterowie muszą umiejętnie lawirować pomiędzy niebezpieczeństwami, aby zachować głowę na swoim miejscu i nie narazić się Siłom Wyższym (co oczywiście, na szczęście dla czytelnika, i tak się nie udaje) i politycznym decydentom. Miasto znajduje się pod panowaniem niemieckim. Wiadomo, nie jest łatwo. Bohaterowie muszą zmierzyć się nie tylko z wrogo nastawionymi ludźmi, ale także z siłami nadprzyrodzonymi, które gnieżdżą się w murach Enklawy. Rudnicki, który jak tylko może unika mieszania się do polityki i „wielkich” spraw, otrzymuje od Niemców propozycję nie do odrzucenia, a w tym wypadku stawka jest nawet większa niż życie, na odmowę nie ma żadnych szans, musi podjąć się zleconego zadania, choć to ostatnie, czego by pragnął.

 

Wojenko, wojenko...

 

Interesującym zabiegiem o jaki pokusił się Przechrzta jest podzielenie powieści na dwie części, w których równocześnie rozgrywają się historie obu bohaterów. Umiejętnie snuje opowieść tak, że w jednym czasie przekazuje informacje o świecie przedstawionym widzianym oczami dwóch różnych osób o często sprzecznych interesach, poglądach i celach.

Autor, jak w każdej swojej książce, miesza wydarzenia które naprawdę miały miejsce z tymi fikcyjnymi, tworząc interesujące tło dla opowiadanej historii. W książce pojawiają się zarówno postaci, które rzeczywiście istniały, do spółki z tymi zupełnie zmyślonymi. Nie brakuje smaczków z historii I wojny światowej, ale nie brakuje też magicznych sztuczek i nadprzyrodzonych wydarzeń dla wielbicieli fantastyki. Zarówno czytelnicy którzy preferują książki historyczne, jak i fani wspomniani wcześniej znajdą u Przechrzty coś dla siebie. Każdy, kto przyzwyczaił się przez poprzednie książki do tego, że autor rzuca swoich bohaterów w sam środek wojennej zawieruchy, na pewno się ucieszy się z tego, że w przypadku „Adepta” i „Namiestnika” nie jest inaczej, i życie bohaterów toczy się w rzeczywistości kształtowanej przez światowy konflikt, w którego samym środku się znaleźli, wbrew swoim intencjom.

Jedynym zarzutem, który można poczynić tej książce to właśnie to, że wojna jest tylko tłem i ma zbyt mały wpływ na życie bohaterów. Co prawda pojawiają się jakieś utrudnienia, ale jest to jednak za mało biorąc pod uwagę fakt, że Warszawę okupują Niemcy, a odrzuceni za front Rosjanie, wkurzeni i coraz bardziej przyparci do muru sytuacją, przygotowują się do ofensywy i planują odbicie miasta z rąk nieprzyjaciela. Brzmi atrakcyjnie? No jasne, w końcu to Przechrzta. Jeśli do tego dołożyć wkurzonych Polaków, którzy ponad wszystko cenią sobie wolność i pragną niepodległości i magiczne siły, które coraz częściej są wykorzystywane niekoniecznie zgodnie ze swoim przeznaczeniem, można się domyślać, że szykuje się niezła jatka. Przechrzta niewątpliwie stanął na wysokości zadania i napisał książkę (kolejny raz!), która nie pozwala czytelnikowi się nudzić. Postać Olafa Rudnickiego nie jest co prawda tak ujmująca i pociągająco jak znany z poprzednich książek Przechrzty Rozwadowski, ale na pewno jest nakreślona w taki sposób, że trudno czytelnikowi jej nie lubić.

Z pewnością warto sięgnąć po tę książkę, szczególnie ze względu na świat przedstawiony, który mnie, ze względu na magię i sposób jej funkcjonowania trochę kojarzy się z „Czarnym horyzontem” Tomasza Kołodziejczaka, co czytać należy raczej za zaletę niż wadę. Biegnijcie do sklepu po „Namiestnika”, te prawie 500 stron przeczytacie szybciutko i nawet nie zorientujecie się kiedy będzie koniec. Mogę tylko zdradzić, że fabuła książki kończy się w takim momencie, że z niecierpliwością będziecie czekać na trzeci tom.

 
paniretro
paniretro
Katja, w wolnych chwilach fotograf-amator, w tych bardziej zajętych redaktorka i tłumaczka. Kobiecy blog o stylu retro i vintage, dużo porad urodowych i ciekawostek, do tego lifestyle w starym stylu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *