Perfumowe zdobycze

18 czerwca 2017
Jak przeżyć pierwszą randkę i mieć szansę na drugą?
17 czerwca 2017
Adam Przechrzta „Namiestnik”
20 czerwca 2017

1. Angel by Mugler

Niekwestionowany faworyt wszelkich rankingów. Nie wyobrażam sobie bez niego życia i nigdy mi się nie znudzi. Używam o każdej porze roku, od ładnych kilku lat, nie słyszałam jeszcze skarg otoczenia, więc chyba na mnie nie pachnie aż tak mocno, żeby "dusić" innych. Gęsty, otulający, ziemisty, lejący - po prostu go uwielbiam, jego zapach jest jak narkotyk. Albo się go kocha, albo nienawidzi, nikt nie pozostaje wobec niego obojętnym. Mam wrażenie, że różnie się na mnie rozwija w zależności od pogody i nastroju. Zimą zdecydowanie najlepiej spełnia swoją funkcję i robi za najcieplejszy szal. Kto nie zna, ten jak najszybciej powinien go przetestować, może akurat znajdzie miłość swojego życia. :)
 
 

2. Alien by Mugler

Podobno to jest zapach światła...Za nic w świecie bym tak o nim nie powiedziała. Na mnie jest słodkawy, czasem świeży, a czasem w ogóle się nie wyróżnia, chowa się przy skórze i tyle go widać. Na pewno nigdy nie zajmie w moim sercu miejsca Angela, jak widać mam małą buteleczkę, tak do użycia od czasu do czasu, gdy nie wiem co na siebie "włożyć". Całkiem długo się trzyma, choć nie jest pod tym względem takim killerem jak Anioł czy J'ose, który zostawia ślady nawet po kąpieli. Wiem, że zapach na swoje fanki i nic dziwnego, dla mnie jednak nie jest aż tak wyjątkowy i ponadczasowy, by nie móc bez niego żyć.
 
 

3. Allure by Chanel

Jedna z tych zapachowych pomyłek, która chociaż raz zdarzyła się chyba każdemu amatorowi wypraw do drogerii. Tam mi się podobał, "test ręki" zdał, taki typowy elegancik, chociaż niezbyt zobowiązujący. W domu okazało się, że po skropieniu szyi już tak dobrze nie jest, a Allure niczym mnie nie ujmuje, a chwilami wręcz odstręcza, ma jakieś dziwne nuty. Jeśli ktoś chciałby stać się jego szczęśliwym posiadaczem, zapraszam na priv, jak widać butelka ledwie zaczęta.
 
 

4. Amethyst by Lalique

Trochę jak wyżej, pomyłka. Nie wiem co mnie podkusiło, żeby kupić te perfumy i to od razu 100 ml, po tym, jak Pani w drogerii powiedziała mi, że to zapach głównie ciemnych owoców. Dlaczego pomyślałam wtedy "o, spoko", nie mam pojęcia, skoro wcale nie lubię owocowych nut. Jest słodko, mroku brak, tego czegoś również, tylko trwałość na plus. Amethyst chyba trafił na moją półkę tylko dlatego, że kocham Perły (trochę przypominają mi cmentarność Angela), niestety nie jest nam razem po drodze. Fakt pochodzenia od Lalique to jednak za mało.
 
 

5. Dune by Dior

Stara miłość nie rdzewieje. Pierwszy raz poczułam je od mojej nauczycielki geografii w gimnazjum, a więc bardzo dawno temu. Wszystkie byłyśmy zachwycone tym zapachem, ta pani była taką elegantką i po cichu jej zazdrościłyśmy tego nieosiągalnego dla nas luksusu, jakim wtedy były perfumy za kilkaset złotych. Biorąc pod uwagę, że to było 15 lat temu, domyślam się, że to była jeszcze stara wersja Dune, przed tymi niesławnymi zmianami, które trochę te perfumy wykastrowały. Ale i tak są piękne, kojarzą mi się z zachmurzonym niebem, wietrzną pogodą, wzburzonym morzem, włosami targanymi gwałtownymi podmuchami. Ma w sobie jakąś dzikość sztormowej pogody. Bardzo lubię, zarówno wersję damską jak i męską.
 
 

6. J'ose by Eisenberg

Kolejny z ulubieńców. Wytrawny, chłodny, przepiękny, utrzymujący się na skórze bardzo długo. Nie mogę się zdecydować, czy bardziej lubię wersję damską czy męską.Wbrew modelce, którą widać na pudełku, wcale nie kojarzy mi się z famme fatale trzymającą w zębach cygaro. Najlepszy zapach od Eisenberga. Dobry na każdą okazję, nadaje się do pracy i na spotkanie, chociaż raczej nie na randkę, bo u mnie ma opinię zapachu raczej stwarzającego dystans.
 
 

7. Perły by Lalique

Cmentarny, zimny, szpitalny... Ile ja już o nim słyszałam! Na mnie pachnie cudownie i kojarzy mi się z Angelem, chociaż w przeciwieństwie do niego jest mroźny i lodowaty. Pachnie rozmoczoną ziemią, rozkopanym późną jesienią grobowcem, nieprzyjemnie wyglądającym, ciemnym lasem. Ogólnie na pewno nie jest to zapach dla każdego i podobnie jak anielski Mugler daje się albo pokochać, albo znienawidzić. Ja zdecydowanie znajduję się w tej pierwszej grupie. To moja pierwsza buteleczka Pereł, ale na pewno nie ostatnia.
 
 

8. Bandit by Robert Piguet

Skusiło mnie, że to niby był skandal, pojawienie się tego zapachu, że jest obrazoburczy i w ogóle legendarny, och, ach. Zamiast Bandyty dostałam jakiegoś złodziejaszka-opryszka. Zawód na całej linii, nigdy nie użyłam inaczej niż na nadgarstku. Kilka podejść, żadne mnie nie przekonało.
 
 

9. Sensous noir

Bardzo fajny, duszący i długo utrzymujący się zapach. ;) Zdecydowanie z tych wieczorowych, raczej na randkę albo jakąś wieczorową imprezę, na pewno nie do pracy albo na spotkanie służbowe. Wystarczy odrobina i pachniesz cały dzień. Nazwa bardzo adekwatna do zawartości flakoniku.
 
 

10. Idylle by Guerlain

Kolejna pomyłka, chociaż trudno właściwie temu zapachowi zarzucić coś konkretnego, po prostu nie jest dla mnie i choćby nie wiem co, nie pokochamy się. Jednak to klasyk i na pewno znajdzie w Waszym gronie swoją wielbicielkę. Również do oddania.
 
 
paniretro
paniretro
Katja, w wolnych chwilach fotograf-amator, w tych bardziej zajętych redaktorka i tłumaczka. Kobiecy blog o stylu retro i vintage, dużo porad urodowych i ciekawostek, do tego lifestyle w starym stylu.

1 Komentarz

  1. katarzyna markowska napisał(a):

    Skad to znam;)
    Ogółem pan Mugler rozkochal mnie w sobie niemniej z racji zwiazku z babcia uzywam givenchy very irresistible …
    Przypominają mi ja bardzo;)
    😴Jest zapach jaki mnie rozkochal ale nie jestem pewna czy jest osiagalny podelse jutro link

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *