Nerwicowiec z depresją

Wszystkie nałożnice króla
28 maja 2017
Na rozstanie najlepszy pies ze schroniska
30 maja 2017

Jak to się zaczyna?

 
Nerwicowiec z depresją. Tak, tylko jeden krok do tego, by tak się stało. Te dwa zaburzenia bardzo często idą ze sobą w parze i chyba nikogo to nie dziwi. Wyobraź sobie, nagle z człowieka aktywnego, który miał znajomych, normalną pracę i kontakty z rodziną, nagle z powodu jednego ataku stajesz się coraz bardziej zamknięty na świat. Z obawy przed ośmieszeniem i objawami somatycznymi, które mogłyby zwrócić uwagę otoczenia, zamykasz się coraz bardziej, przestajesz spotykać się ze znajomymi, bo przecież boisz się zatłoczonych miejsc, nie rozmawiasz z rodziną, bo pewnie i tak nie zrozumieją Twoich problemów, a w ogóle to wstyd się przyznać. Po drugie, jak to wytłumaczyć, że normalny człowiek trzymający w miarę możliwości życie za łeb stał się trzęsącą się galaretą, rozmemłaną nad swoim stanem, rozmyślającą o chorobach i nie potrafiącym wziąć się w garść? Wiem to z doświadczenia, prawie nikt tego nie rozumie. Jak w takiej sytuacji mieć dobry humor? Zamykasz się w sobie coraz bardziej, nie oglądasz świata, który odkąd zaczęły się ataki jest raczej Twoim wrogiem niż przyjacielem, wszystko wydaje się coraz bardziej beznadziejne, a perspektywa zmiany sytuacji, jeśli w ogóle gdzieś ją widać, to majaczy na dalekim horyzoncie i trudno uwierzyć w jej rychłe nadejście. Przestajesz wstawać rano z łóżka. Trzęsie Cię, więc nie ma sensu. Po drugie jest Ci niedobrze, więc i tak nie wyjdziesz z domu. Nie mogłeś spać w nocy, więc i tak jesteś zmulony i nieprzytomny. Leżysz i rozkminiasz brak perspektyw, ewentualnie zastanawiasz się na jaką chorobę tym razem umierasz. Prawda, że można wpaść w depresję? Można i często tak się dzieje. Obniżenie nastroju, brak chęci do życia, weltszmerc, myśli samobójcze, marna samoocena. Znacie? Znacie na pewno. Nie chce się nawet zrobić makijażu dla poprawy humoru. Jednym słowem: dramat.
 

Jak sobie radzić?

 
Jeśli już jesteś takim szczęściarzem albo szczęściarą i do nerwicy przyplątała Ci się depresja, nie lekceważ objawów, bo takie combo każdemu potrafi dać się we znaki i nieźle namieszać w i tak przecież niełatwym życiu. Nowoczesne leki psychotropowe działają na cały szereg objawów, więc nie czekaj tylko od razu zmykaj do lekarza i od razu zapisz się na psychoterapię. Jasne, że pieniądze, że strach, jak w ogóle opowiedzieć o tym wszystkim obcej osobie, ale zaręczam wam, że raczej nie ma innego wyjścia, bo mało kto jest w czepku urodzony i sam daje sobie radę z opisanymi objawami. O terapii będzie pewnie osobna notka, bo sama mam z tym duży problem, szczególnie z wiarą w skuteczność w takie metody. Wyobraźcie sobie, że trafiłam kiedyś na panią, która chciała mnie hipnotyzować! Psychoanaliza i „Frojd”! Ja jako ktoś, kto jakiś czas spędził na filozofii od razu zareagowałam alergicznie i to było nasze pierwsze i ostatnie spotkanie. Trochę się zraziłam i na jakiś czas dałam sobie spokój z szukaniem pomocy na tym polu, chociaż moja pani doktor gorąco mnie namawia i twierdzi, że leki tylko zagłuszają problem a rozwiązać go może tylko psychoterapia. Nie czekajcie z poszukiwaniem rozwiązania, nie pozwólcie, żeby do nerwicy przyplątała się wam depresja albo do depresji nerwica. Jak najszybciej trzeba udać się do lekarza, to naprawdę nie boli w porównaniu z tym, co będziecie przeżywać gdy wszystko się pogłębi. Podpowiem próbującym iść na łatwiznę, że alkohol nie pomaga a na dłuższą metę jeszcze pogarsza stan, kac powoduje jeszcze większe rozdygotanie i stres związany z objawami, cały dzień będziecie jeszcze bardziej przymuleni niż zwykle i ogólnie będzie gorzej niż źle. Popijania nim leków psychotropowych też nie polecam, bo reakcję naprawdę trudno przewidzieć. Może nie wydarzyć się nic, ale równie dobrze skutki mogą być opłakane.
 
paniretro
paniretro
Pani Retro, w wolnych chwilach fotograf-amator, w tych bardziej zajętych redaktorka i tłumaczka. A to jest jej kobiecy blog o stylu retro i vintage, na nim dużo porad urodowych i ciekawostek, do tego lifestyle w starym stylu.
  • Róża Dziubińska

    Jak już pisałam pod innym postem, ten temat trochę mnie dotyczy. Kiedy lezysz drugi tydzień w lozku , nie wychodzisz z pokoju i nie masz ochoty z nikim rozmawiać, bo nie ma sensu, sięgnij chociaż po dobra książkę, czasem książka potrafi zdziałać więcej niż ciągłe groźby mamy, że zapisze mnie do psychologa. Polecam twórczość Paulo Coelho , na mnie najbardziej wpłynęły: „Czarownica z Portobello” oraz ” Weronika postanawia umrzec”. Myślę że każdy znajdzie coś dla siebie. Moim największym problemem było to, że czułam się okropnie ale nie wiedziałam czemu, nie miałam żadnych problemów. Jednak kiedy nic nie pomaga chyba warto wybrać się do specjalisty. Życzę wszystkim których to dotknęło siłę do walki z tą okropna chorobą.

  • Anita Magoła

    I mnie w okolicy nie ma dobrego psychoterapeuty, a przede wszystkim sensownego, bo wiem, że o moich problemach zaraz dowiedziałby się każdy w promieniu kilkunastu kilometrów. Takie coś może wpędzić w jeszcze większe rozdygotanie. Lekarz przepisał mi leki na uspokojenie, po których zasypiałam na stojąco, a przecież musiałam funkcjonować! Najbardziej boję się wyjść do pracy, bo mam wrażenie, że mimo maski jaką nakładam wszyscy dookoła widzą, że coś ze mną nie tak.

    Jedyne co mnie uspokaja (i odciąga od alkoholu) jest jazda samochodem. Stało się to moją pasją i odskocznią. Poza jazdą lubie też pogrzebać pod maską, a później zmęczona, często po kilkudziesięciu godzinach na nogach padam.

    Kiedyś przez depresję zaczęły mnie dopadać zaburzenia odżywiania, ale z tym dałam sobie radę. Teraz może nie jem jak świnka, ale też nie głodzę się jak kiedyś.

    Może kiedyś uda mi się SPOKOJNIE wyjść do ludzi…

  • Anita Magoła

    Co prawda już swoje napisałam, ale to trochę jak w sumie trochę jak w piosence Closterkeller-Zaklęta w marmur…

    Z tymi objawami patrzysz na otaczający świat, jak kamień. Bez uczuć, bez chęci, bez motywacji.

    Czarna chmura.

  • katarzyna markowska

    Jak wspominałam w innym pod innym postem
    Zaczęło się od nerwicy natręctw.
    Przeszło w lęki.
    I te doprowadziły mnie o depresję.
    O tyle o ile jeszcze farmakologia trzymała mnie w ryzach -miałam etap uzależnienia, ciężko jest o tym mówić ale wiem że niektórzy czytają też komentarze i tak naprawdę to nie komuś pomóc….
    Dlatego postaram się przełamać.
    Powstała wtedy cienka granica między normalnością lekowa a prawie że schizofiermicznymi napadami gdzie głos w mojej głowie zaczal doprowadzać mnie do Stanów furii.
    Jedno czego do dziś żałuję to moje zniechęcenie do lekarzy ,cały czas wierzylam że to są ‚diabły w kitlach.
    Zaczynala mi się tez anoreksja -podczas próby utrzymania swojego porządku i wszystkiego w lądzie straciłam kontrolę nad jedzeniem i szkoła…
    Cieszę się że zachęcasz do szukania wsparcia
    Sama miałam moment gdzie zwyczajnie nie tylko straciłam chęci do życia a dosłownie postanowiłam je sobie odebrać
    Na szczęście przeszkodziła mi osoba będąca w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie.
    Dziś po tym wszystkim nie neguje nawet sygnałów nawrotów.
    Zwłaszcza że mam dla kogo zyc i kogo wychować.
    Jednakże jest to niestety taki bumerang który co jakiś czas wraca…
    I jest te dwa kroki za tobą.

  • Waćpanna

    Racja, mądrze tutaj piszecie, dziewczyny. Przerabiałam kiedyś leki, później szczęśliwie
    trafiłam w bardzo złym stanie na terapię (po śmierci babci). Wtedy nie chodziłam jakoś
    długo, ale na tamtą chwilę dużo pomogło. Teraz jestem drugi rok w terapii i serio widzę
    poprawę. Stawianie granic, poprawa relacji, zmniejszenie lęku – sama nie wiem, kiedy
    takie zmiany nastąpiły. Ostatnio zwróciłam uwagę, że jadąc pociągiem nie myślałam
    o potencjalnych złodziejach i psycholach (a kiedyś tak miałam, byłam mega podejrzliwa),
    tylko spokojnie jechałam i rozmawiałam.
    Czego żałuję? Tego, że gdy ponad dziesięć lat temu, gdy zaczęłam się czuć bardzo źle,
    gdy moje życie przestawało mieć sens, a wiele rzeczy, które widziałam, było dla mnie
    potencjalnym narzędziem śmierci, że wtedy nie odważyłam się na terapię. Oszczędziłoby
    mi to wiele lat smutku, dokładnie to dziesięć. Złapałam się na tym ostatnio, że czuję się
    najlepiej od dziesięciu lat (w tym czasie zawsze miałam kulminację depresji). Oczywiście,
    to nie jest tak, że cały czas się czuję zajebiście, mam też gorszy okres, ale wiadomo,
    że trzeba ten swój depresyjny rys zaakceptować. Co więcej, teraz zazwyczaj wiem,
    dlaczego jest mi smutno, a kiedyś kilka miesięcy potrafiłam w tym smutku być,
    a niczego nie wiedzieć :/.

    • paniretro

      Chyba wszyscy mamy takie doświadczenia i każde z nas z perspektywy czasu wyrzuca sobie, że „za późno” się za siebie wzięło. Jednak na dłuższą metę to nie ma sensu, widać do pewnych kroków trzeba dojrzeć, nabrać odwagi, albo mieć już do tego stopnia dosyć wszystkiego, że zrobienie czegoś ze sobą to decyzja na poziomie instynktu samozachowawczego…