Wszystkie nałożnice króla

28 maja 2017
Historie martwych kochanków
26 maja 2017
Nerwicowiec z depresją
29 maja 2017

Najlepsza nałożnica

 
Zygmunt Stary, zanim został mężem sławnej Bony nie był ani stary (nie urodził się taki, co może niektórych dziwić), ani stateczny. Nie różnił się szczególnie od większości mu współczesnych, wysoko urodzonych mężczyzn. Wiadomo, że nie unikał romansów, które w tamtych czasach nikogo nie gorszyły, poza i przedmałżeńskie kontakty seksualne nie były niczym zaskakującym dla renesansowego społeczeństwa. Właściwie w dobrym tonie było znalezienie sobie nałożnicy z gminu albo nawet plebsu, trafiały się tam przecież okazy niejednokrotnie przewyższające urodą te wysoko urodzone panie z wymaganiami, a po drugie posiadały jedną zasadniczą zaletę: romans ze szlacheckim kochankiem zawsze był dla nich nobilitacją i odmianą zazwyczaj podłego losu: nagle na nóżki, które jeszcze niedawno nurzały się po kolana w gnoju nakładano trzewiczki, a świat nabierał zupełnie innego kolorytu. Taki układ był jak widać opłacalny dla obu stron – mężczyzna mógł w każdej chwili, bez obaw o skandal towarzyski albo wywołanie wojny zakończyć związek z chłopką, ta zaś odprawiona raczej nie żywiła urazy, bo w zamian za towarzystwo i czasowe użyczenie ciała otrzymywała zabezpieczenie finansowe na resztę życia, do tego jakąś niewielką wieś albo dworek pod lasem.
 

Przebiegła, cwana kurtyzana

 
Na przestrzeni lat mężczyzna mógł „zaliczyć” nawet kilka takich kurtyzan, niekoniecznie musiał ograniczać się do wierności tylko jednej – takie nieprawe związki rzadko miały w sobie jakąś nutkę romantyzmu, chociaż w przypadku jednej z ulubienic Zygmunta Starego nie można tego wykluczyć… Jego morawski kopciuszek, Katarzyna Terliczanka, pozostawała królewską faworytą przez jedenaście lat. W tym czasie zdążyła urodzić Zygmuntowi troje dzieci – syna i dwie córki. Książę (a później król) okazał się być odpowiedzialnym mężczyzną, bo należcie zatroszczył się o wychowanie i solidne wykształcenie dla całej gromadki, mimo że pochodziła z nieprawego łoża. Chłopak, gdy tylko trochę podrósł, z pomocą ojca szybko wspinał się po szczeblach kariery kościelnej, córki wyposażone w odpowiednio wysoki posag wydano za bogatych i znacznych szlachciców – pierwsza została żoną starosty, druga hrabiego. Sielanka, prawda?
 

Niemożliwe małżeństwo

 
Na tym idealnym obrazie jest tylko jedna skaza: niemożliwość legalizacji tego związku. Lata mijały, Zygmunt był coraz starszy, należało w końcu zadbać o przedłużenie dynastii Jagiellonów i poszukać sobie odpowiedniej żony. Jego brat Władysław Jagiellończyk okazał się raczej pechową swatką, bo nie dość, że wybrana przez niego na królową Barbara, córka wojewody Zapolyi, zmarła młodo, zaledwie po kilku latach małżeństwa, to jeszcze nie pozostawiła po sobie męskiego potomka. Powiła dwie córki, a więc sytuacja nie została ani trochę uratowana. Drugie małżeństwo było zdecydowanie lepszym strzałem, młoda Bona Sforza, włoska księżniczka, okazała się towarzyszką godną króla. Ale jak to w życiu bywa, przymioty żony swoją drogą, polityka swoją, a serce (i chuć) nie sługa. Sześć lat po tym, jak Zygmunt po raz drugi wypowiedział sakramentalne „tak”, jego dawna kochanka nagle owdowiała. Nieszczęście zastało ją w zaawansowanej ciąży, co nie umknęło uwadze złośliwych. Szybko rozniosła się plotka, że ojcem dziecka wcale nie jest mąż-nieboszczyk, a jurny król… Nie da się wykluczyć takiej możliwości, bo życie z Boną nie przeszkadzało Zygmuntowi w utrzymywaniu kontaktów z matką trójki jego latorośli, ale jak zażyłe były to stosunki, nie sposób dziś wyrokować.
 

Nieszczęścia chodzą parami

 
Na tym idealnym obrazie jest tylko jedna skaza: niemożliwość legalizacji tego związku. Lata mijały, Zygmunt był coraz starszy, należało w końcu zadbać o przedłużenie dynastii Jagiellonów i poszukać sobie odpowiedniej żony. Jego brat Władysław Jagiellończyk okazał się raczej pechową swatką, bo nie dość, że wybrana przez niego na królową Barbara, córka wojewody Zapolyi, zmarła młodo, zaledwie po kilku latach małżeństwa, to jeszcze nie pozostawiła po sobie męskiego potomka. Powiła dwie córki, a więc sytuacja nie została ani trochę uratowana. Drugie małżeństwo było zdecydowanie lepszym strzałem, młoda Bona Sforza, włoska księżniczka, okazała się towarzyszką godną króla. Ale jak to w życiu bywa, przymioty żony swoją drogą, polityka swoją, a serce (i chuć) nie sługa. Sześć lat po tym, jak Zygmunt po raz drugi wypowiedział sakramentalne „tak”, jego dawna kochanka nagle owdowiała. Nieszczęście zastało ją w zaawansowanej ciąży, co nie umknęło uwadze złośliwych. Szybko rozniosła się plotka, że ojcem dziecka wcale nie jest mąż-nieboszczyk, a jurny król… Nie da się wykluczyć takiej możliwości, bo życie z Boną nie przeszkadzało Zygmuntowi w utrzymywaniu kontaktów z matką trójki jego latorośli, ale jak zażyłe były to stosunki, nie sposób dziś wyrokować.
 

Kruk i lis

 
Król po raz kolejny pokazał klasę i ściągnął półsierotę na swój dwór, by zapewnić jej godny byt i dopomóc w kłopocie samotnej Katarzynie Terliczance. Bona okazała się macochą wyjątkowo dobrą i łaskawą, traktowała nieślubną córkę męża czulej niż swoje własne dzieci. W najlepszej komitywie pozostawała jednak z Januszem, pierworodnym synem Króla, wtedy już biskupem wileńskim i poznańskim. Ten w zamian za przyjaźń młodziutkiej jeszcze Bony, lojalnie reprezentował jej interesy w podległych sobie częściach kraju. Kto wie jakie jeszcze stosunki łączyły tych dwoje, przyznacie chyba, że taka zażyłość pomiędzy krewnymi w tym stopniu zdarza się rzadko… Ostatnia z córek Katarzyny Terliczanki, Beata Kościelecka, wychowała się pod okiem Zygmunta i Bony na odważną i trochę zbuntowaną dziewoję. Co prawda szybko wyszła za mąż i urodziła dziecko, ale równie szybko owdowiała, więc stan cywilny nie przeszkadzał jej już w pokazaniu swojego niespokojnego i żywotnego charakteru. Beata Kościelecka uważana jest za prekursorkę turystyki górskiej – to na jej polecenie w 1565 roku została zorganizowana wyprawa do Doliny Kieżmarskiej. Pech chciał, że była to prawdopodobnie jej ostatnia droga… Ale nie dlatego, że księżna zmarła. Pięćdziesięcioletnia już wtedy Beata poślubiła rok wcześniej młodszego o dwie dekady wojewodę sieradzkiego Olbrachta Łaskiego. Cwaniak najpierw przez długi czas zabiegał o względy podstarzałej matrony, poprzez okazywany podziw i zainteresowanie zdobył jej zaufanie i serce, a gdy już dostał czego chciał i formalnie mógł wprowadzić w życie swoje plany, ograbił żonę z majątku i uwięził ją w dalekiej słowackiej posiadłości, gdzie dokonała żywota w samotności i skrajnej nędzy. Tak oto drogie panie kończy się wiara w komplementy i ślepe zaufanie w męski podziw. Łaska samcza jeździ na pstrym koniu, w dodatku cycastym i dupczastym, a takiego nietrudno znaleźć nawet w podrzędnym zajeździe pośrodku niczego. Uważajcie dziewczyny i podpisujcie intercyzy. ;)
 
paniretro
paniretro
Pani Retro, w wolnych chwilach fotograf-amator, w tych bardziej zajętych redaktorka i tłumaczka. A to jest jej kobiecy blog o stylu retro i vintage, na nim dużo porad urodowych i ciekawostek, do tego lifestyle w starym stylu.
  • Róża Dziubińska

    Ciekawa historia jednak całkiem zwyczajna jak na tamte czasy. Małżeństwa były aranżowane, to układy polityczne a nie miłość decydowała. Nic dziwnego więc że normą było posiadanie kochanki, którą darzyło się uczuciem. Dla nas teraz jest to ciężkie do zrozumienia i szynkanuje sie kobiety które wychodzą za mąż dla pieniędzy, a to przecież nic nowego,wystarczy się cofnąć kilka wieków wstecz. Dla osób bardziej zainteresowanych tym tematem polecam książki Phillippy Gregory, a zwlaszcza:” Kochanice Króla”

  • katarzyna Markowska

    Niestety układy ,manipulacje i wymuszenia były i chyba pozostały do dziś.
    Oczywiście kiedyś akceptowalne i zrozumiałe e jednakże kto mógłby się sprzeciwic woli króla.
    Najbardziej męczyła mni jednak postawa kobiet ….
    Niezależnie od wszystkiego nikt nie lubi być druga.
    Dzis na szczęście spraw wygląda zupełnie inaczej ,sama zdrada potrafi być powodem rozwodu z orzeczeniem o winie bez żadnego rodzaju negocjacji .
    Kobiety są silniejsze ,stabilniejsze nie są na łasce męża .

    Fajnie napisane.
    Odnosni zaspepiajacych zauroczen masz rację warto uważać,zawsze byłam zbyt naiwna przy czym mężczyźni potrafili zaslepic mnie nieco inaczej.
    Zawsze wierzylam że jedynymi manipulatorami są ci liczący na zysk finansowy,bądź lozkowy i niestety ślepo wierzylam w stereotyp o pięknych chłopcach z plakatu łamiących jak w ostatniej historii na czułe słówka i komplementy ale jest ta gorsza frakcja emocjonalnych wabikow ;(
    Który to rzeruja na emocjach ,naszym dobrym sercu i wprowadzaja terror bądź szantaż emocjonalny -wierzę że i o nich napiszesz 😉

  • Adrianna Pecarz

    Ciekawa historia, szkoda tylko że ostatni bohater nie miał dobrego serca. Biedna kobieta, myślała, że jest kochana, a została sama jak palec

  • Anita Magoła

    Miałam napisane pół takiego fajnego komentarza, telefon się zawiesił i wszystko trafiło ;c od początku.

    Kochanki czy też nałożnice (jak zwał tak zwał) były czymś zupełnie normalnym.
    Myślę, że żony bolało to, że nie są tymi jedynymi, ale nie oszukujmy się – co one miały do powiedzenia? Sprzeciw mógł je słono kosztować. Poza tym… ich sytuacja i tak pozostawała bez zmian.
    Życie kobiety, która została „wybrana” odmieniło się o 180 stopni, ale żona pozostawała żoną. To był układ. Umowa.

    Dzisiaj takie coś jest nie do pomyślenia. Bo jak to ‚zdrada?!’. Ale spójrzmy prawdzie w oczy. Czy nadal wiele kobiet nie jest ślepa na wybryki swoich mężów, tylko dlatego że jest im dobrze? Większość wybiera tą opcję, która jest korzystniejsza. Nawet kosztem własnego szczęścia.

    A z tą naiwnością to… no cóż. Wiele kobiet daje się nabrać na czułe słówka i komplementy. Przez chwilę jest raj, a później płacz. Ale tego tak łatwo nie zmieni.