Nerwicowiec i leki psychotropowe

24 maja 2017
Konkurs Gorsetowy regulamin
23 maja 2017
Baba lekarzem? Kto to widział?
25 maja 2017

Początki są najtrudniejsze

 
Wiem, że to nie jest łatwe. Sama przez to przeszłam i przechodzę do tej pory. Już sama decyzja o odwiedzeniu gabinetu psychiatry jest efektem tygodni albo i miesięcy przemyśleń i walki ze swoimi lękami, a zaufanie komuś i dostosowanie się do zaleceń to kolejna droga przez mękę. Znam to wszystko. Zanim poszłam do lekarza męczyłam się z przerwami przez 5 lat. Raz myślałam nawet, że mi samoistnie przeszło, bo nerwica na jakiś czas odpuściła i miałam spokój od ataków, mogłam normalnie żyć. Jednak była to tylko cisza przed burzą, choroba wróciła ze zdwojoną siłą i całkowicie rozłożyła mnie na łopatki. Nie mogłam wyjść z domu nawet do sklepu, bałam się, że padnę na ulicy, zrobię z siebie pośmiewisko, całymi dniami przeszukiwałam Internet by wreszcie dostać jakieś potwierdzenie, że naprawdę jestem śmiertelnie chora i właśnie kończę się na raka, a najpewniej wcześniej zabije mnie zawał, którego dostawałam średnio pięć razy w tygodniu. Takie działanie to błędne koło, a czytanie opinii w sieci nie przynosi nic dobrego. Często przejmujemy złe emocje zawarte w postach i przybieramy sobie do głowy kolejne problemy, tak jakbyśmy mało mieli realnych. Ja chyba wynalazłam rekordową ilość, stałam się ekspertem od wszelkich objawów somatycznych nowotworu mózgu, jelit, żołądka, wątroby, trzustki, jajników. Wszystko wiedziałam na wyrywki i oczywiście naprzemiennie te objawy u mnie występowały. Zaczęłam już tracić rachubę co właściwie mi jest i która choroba pierwsza wpędzi mnie do grobu. Widziałam siebie przykutą do łóżka i oddającą ducha w strasznych cierpieniach, byłam przekonana, że zostanę „roślinką” i jeszcze narobię kłopotu rodzinie.
 

Przełomowa wizyta

 
Pójście do lekarza było pewnym przełomem. Pełna obaw, trzęsąc się jak galareta, trafiłam do pierwszego gabinetu. Nie mogłam w ogóle się skupić na tym, co chcę powiedzieć, myślałam tylko o tym, żeby się nie rozpłakać. Pani zadała kilka rzeczowych pytań, nie popędzała mnie w oczekiwaniu na odpowiedź, pokazała mi kilka książek, w których opisane były objawy nerwicy lękowej. Pomyślałam, że autor chyba opierał się podczas pisania na moim przykładzie, bo wszystko pasowało. Lekarka, z dobrymi opiniami i tytułem doktora, pocieszyła mnie, że mnóstwo osób ma podobne problemy (to rzeczywiście wspaniale!), że to choroba cywilizacyjna i mam nie bać się leków, bo „w Stanach połowa społeczeństwa to bierze, żeby ułatwić sobie życie”. Przepisała Prozac w wersji Seronil i Sulpiryd, oba w małych dawkach. Prozac, od razu przypomniał mi się „Dzień Świra” i Adaś Miauczyński ze swoją poranną porcją tabletek. Zdaje się, że ta była „na chęć życia”.
 

Recepta i co dalej?

 
No dobra, miałam już receptę i jakąś perspektywę poprawy. Wykupiłam wszystko jak przykładny pacjent i powędrowałam do domu oddać się lekturze ulotek… Nie mogłam zrobić nic gorszego. Kiedy zaczęłam czytać te ciągnące się kilometrami opisy zagrożeń i możliwych skutków ubocznych, to kolejny raz zrobiło mi się słabo. Pomyślałam, że ta piekielna kobieta chce mnie zabić i na pewno wystąpi u mnie wszystko to, co wymienił producent specyfików. Już widziałam siebie jadącą do szpitala z zagrażającym życiu wstrząsem serotoninowym. Tabletek oczywiście nie wzięłam, stwierdziłam, że nie ufam tamtej pani i na pewno zaszła jakaś pomyłka, jest niedouczona albo po prostu się pomyliła i zapisała mi coś, co jeszcze pogorszy mój stan. Zaczęłam szukać innego lekarza. Po miesiącu w końcu zdecydowałam się na wizytę. Kobieta była spokojna, serdeczna i wyglądała jak dziecko. Zdziwiłam się, że pracuje „z wariatami”, bo okazało się, że jest psychiatrą klinicznym i praktykuje też w szpitalu na oddziale zamkniętym. Pokazałam jej leki, które dostałam od pierwszej Pani Doktor i zasugerowałam, że przeprowadziła niemal zamach na moje życie. Zażądałam kategorycznie, żeby zmieniła diagnozę i dała mi jakieś inne tabletki, które nie wyślą pacjenta od razu na intensywną terapię. Psychiatra z pobłażliwym uśmiechem zaczęła tłumaczyć jak dziecku, że rozpoznanie choroby było prawidłowe a Seronil w połączeniu z Sulpirydem jest standardowym zaleceniem i naprawdę powinnam spróbować trochę je pobrać. Objawy somatyczne dały mi się wtedy już tak bardzo we znaki, że zaczęło mi być wszystko jedno co się ze mną stanie – doszłam do wniosku, że gorzej już być nie może. Wstałam wcześnie rano, łyknęłam dwie tabletki i położyłam się spać. Niech się dzieje wola Nieba, najwyżej umrę we śnie.
 

Nie taki diabeł straszny...?

 
Ku mojemu zdziwieniu, nic się nie zdarzyło. Nie czułam się odrealniona, nie wydawało mi się, że jestem kimś innym, nie miałam żadnego wstrząsu ani nie zmieniła mi się osobowość. Nie drętwiały mi kończyny, nie miałam suchego języka, problemów z oddychaniem ani żadnego z opisanych skutków ubocznych. Wow! Pomyślałam, że może lekarka naprawdę miała rację i leki mają za zadanie pomóc a nie zaszkodzić. Tak rozpoczęła się moja przygoda z Seronilem+Sulpirydem. Trwała tylko przez 2 miesiące, bo po 6 tygodniach zaczęłam być ciągle śpiąca. Mogłabym w ogóle nie wstawać z łóżka, motywacja spadła do -100, chęci do życia nie było żadnej. Znów wylądowałam w gabinecie pani X. Zmieniła mi leki, które w pewnym sensie przyniosły przełom. Prefaxine+Fluanxol. Po tym połączeniu po raz pierwszy od wielu lat poczułam ulgę. Po 2 tygodniach mogłam wyjść do sklepu bez uczucia paniki. Mogłam pojechać do centrum handlowego i w odwiedziny do koleżanki. Jasne, że nie wszystko mi minęło, nadal nie jeżdżę komunikacją miejską, nie ma mowy o żadnych dalszych podróżach, nadal boję się nowych rzeczy, ale wiem, że to są pozostałości bo dawnych lękach, prawdopodobnie gdybym podjęła się któregoś z tych wyzwań, panika by nie wróciła, ale na razie nie jestem na to gotowa. Od mojej pani Doktor dostałam też dodatkowy oręż w walce z chorobą: nazywa się Afobam. Mam go zawsze przy sobie, to jest mój wentyl bezpieczeństwa na wypadek ataku paniki. Sprawdzone, po 10 minutach po lęku nie ma śladu. Tak, po większej dawce jest się trochę rozlazłym i myśli się tylko o spaniu, ale to i tak niewielka cena za poczucie pewnej niezależności jakie daje. Nie bójcie się lekarzy i leków psychotropowych. Nie wszystkie Wam pomogą, niewiele z nich nie ma żadnych skutków ubocznych, ale naprawdę warto się przemęczyć i prowadzić jakieś życie, zamiast decydować się na pozostanie towarzyską amebą bojącą się własnego cienia do końca swoich dni. Każdy dojrzewa do tej decyzji w swoim tempie, jeśli macie jakieś wątpliwości, piszcie do mnie, chętnie odpowiem na pytania, doradzę, udzielę wsparcia, to nic nie kosztuje.
 
paniretro
paniretro
Katja, w wolnych chwilach fotograf-amator, w tych bardziej zajętych redaktorka i tłumaczka. Kobiecy blog o stylu retro i vintage, dużo porad urodowych i ciekawostek, do tego lifestyle w starym stylu.

7 Komentarze

  1. Katarzyna Markowska napisał(a):

    Ja na początku żałośnie obawiałam się wizyty u psychiatry,
    Wydawało mi się że chodzą tam tylko osoby niezrównoważone psychicznie 🙁
    Nawet medytamenty typu antydepresanty (Asertin50) było mi wstyd wykupić w aptece,
    W apogeum nie wychodziłam z pokoju mając obok łóżka miskę …
    Moja rodzina jest obciążona genetycznie (neurologicznie) dostawałam świra przed każdą to ografią i myśląc o kontraście rezonsnsu…
    Nie ufałam lekarzą,
    Ani neurologą,
    Rodzinie ,znajomym.
    Dobrze że się przełamałaś… Może uchronisz kogoś przed spędzeniem 3 lat w swoim własnym więzienu.
    Tym najgrorszym budowanym własnymi rękami ,okupionym swoimi łzami i własną krwią

    • paniretro napisał(a):

      Ja każdego będę namawiała do jak najszybszej wizyty u lekarza, bo wiem, że z czasem będzie się tylko pogarszało. Nerwica nie mija sama, może tylko na chwilę zasnąć by później zaatakować ze zdwojoną siłą. Mało kto ma na tyle siły charakteru, żeby samemu ją pokonać, choć pewnie i tacy szczęściarze się zdarzają.

  2. Róża Dziubińska napisał(a):

    Ehh teraz szczerze mówiąc nie wiem jak postąpić. Jeśli rzeczywiście będę miała nawrót po wakacjach to na pewno wybiorę się do lekarza. Mam jednak nadzieję że jestem tą szczęścia rąk i pożegnałam się z nerwica na dobre.

    • paniretro napisał(a):

      Nie zakładaj, że będziesz miała nawrót po wakacjach, dlaczego by miało tak być? Myśl, że będzie dobrze!

      • Róża Dziubińska napisał(a):

        Bo dojdzie sporo stresu, studia, nowe miasto, mieszkanie zdala od rodziny. Ale jestem dobrej myśli. Dziękuję 😘

  3. Pola napisał(a):

    Tak, przełamanie bariery myślenia i nastawienia i pójście do „lekarza od czubków” nie jest łatwe ale na pewno pomaga ustabilizować trudne w tym okresie napadów życie. Najgorsze jest, że często się te leki odstawia jak się tylko poprawi a potem wraca i wraca…

  4. Anita Magoła napisał(a):

    Zawsze jak w panice zemdleję wśród znajomych, czy też nieznjomych wymyślam na pocekniu jakąś w miarę sensowną gadkę.

    Nerwicę mam od połowy liceum, czyli już dobre kilka lat.

    Teraz dodatkowo doszedł fakt, że wszyscy znajomi się porozjeżdżali, mama ciągle w rozjazdach, brat w innym mieście, a z ojcem nie utrzymuję kontaktu.

    Chociaż może jakiś czas bez nikogo w najbliższym otoczeniu dobrze mi zrobi.
    Mam wrażenie, że już jest jakby trochę spokojniejsza.
    Ale kiedyś w końcu będę musiała się przełamać i oddać w ręce specjalisty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *